Ile kosztuje niezależność od lokalizacji?

(źródło: http://www.flickr.com/photos/sprengben/4702920608)

(źródło: http://www.flickr.com/photos/sprengben/4702920608)

Jednym z nowych tematów, którymi w jakimś stopniu się zainteresowałem ostatnimi czasy jest niezależność od lokalizacji. Wiadomo, że to pojęcie jest bardzo rozległe i każda osoba odbiera je na swój sposób.

Im więcej zagłębiam się w ten temat, szukam, czytam – odnoszę wrażenie, że jest to temat przereklamowany tak jak wiele innych ostatnio modnych stwierdzeń (vide „Lifestyle Design”).

Jak już pisałem wiele razy, chciałbym być niezależny w możliwie jak największym zakresie. Niezależność od lokalizacji również jest moim cichym marzeniem. W pewnym sensie już mogę mówić o takiej niezależności.

Na upartego mógłbym rzucić swoją pracę etatową – prawdopodobnie byłbym w stanie utrzymać siebie i żonę za moje dochody uzyskiwane w internecie. Mógłbym się przeprowadzić tu czy tam i żyć… Tylko czy taka decyzja miałaby sens…?

Niskie koszty życia?

Wiele osób roztacza wizje taniego życia. Tajladnia, Meksyk, Kuba itd. Te miejsca mają nam zapewnić po pierwsze piękno otaczającego Świata, po drugie niskie koszty życia. Czy aby na pewno?

Im dłużej szukam informacji na temat kosztów tego typu wolności tym bardzie dociera do mnie, że nie wszystko jest takie kolorowe jak niektórzy to przedstawiają. Oczywiście piękne zdjęcia z Flickra i innych serwisów działają bardzo motywująco, ale czy są one faktycznie możliwe do urzeczywistnienia?

Przykład z naszego podwórka w pewnym sensie pokazuje, że tak. Mam tu na myśli Marcina Samsela, który wyjechał do Meksyku i żyje tam od jakiegoś czasu. Co jakiś czas zdaje pobieżne relacje ze swojego pobytu w tym pięknym kraju, pokazuje zdjęcia (nie tak wiele jak część osób oczekuje), opowiada o swojej relokacji. Duża część osób śledzących blog Marcina zapewne mu zazdrości, sama chciałaby przeżyć tego typu przygodę swojego życia.

Do czego zmierzam? Każdy z nas jest inny, każdy z nasz pojęcie szczęścia odbiera inaczej. Często gdy ktoś mnie pyta co chcę osiągnąć w życiu odpowiadam – chcę być szczęśliwy. Nie chcę żyć w Meksyku, nie chcę mieć miliona na koncie, chcę po prostu być szczęśliwy.

(źródło:http://www.flickr.com/photos/dcdead/4034736170)

(źródło:http://www.flickr.com/photos/dcdead/4034736170)

Na początku przyznam otwarcie – zachłysnąłem się przygodą Marcina. W dalszym ciągu trzymam za niego kciuki. Bardziej niż samej relokacji gratuluję mu dążenia do realizacji swoich marzeń i celów.

Mimo faktu, że darzę Marcina sporym szacunkiem (chociaż w zasadzie w ogóle go nie znam) uważam, że otoczka jaką roztoczył wokół idei taniego życia gdziekolwiek się chce jest złudnym marzeniem, które nijak ma się do rzeczywistości.

Każdy z nas jest przyzwyczajony do pewnych standardów życia. Jeden lubi wędrować po Świecie śpiąc w hostleach, na dworcach, gdziekolwiek znajdzie schronienie, inny chce mieć przestronne, czyste mieszkanie, które zawsze na niego czeka w tym samym miejscu.

Ja osobiście bardzo chciałbym kiedyś spróbować życia w innym miejscu. Tylko czy życie na aktualnym poziomie jest do osiągnięcia w innym, piękniejszym zakątku Świata? Śmiem wątpić, że będzie to proste sądząc po wypowiedziach wielu osób, które znalazłem w ciągu ostatniego czasu w internecie.  Przeczytaj komentarze pod tym wpisem.

A oto mapa na której zaznaczone są koszty życia w przeróżnych zakątkach globu (im zimniejszy kolor tym tańsze życie):

I gdzie tu pojechać? Wszędzie jest tak samo drogo. To, że gdzieś „tubylcy” żyją za 100$ nie oznacza, że nam uda się wyżyć za te pieniądze. Czasami mam wrażenia, że ludzie z Państw troszkę bardziej rozwiniętych uważają, że w zakątkach o jakich marzymy ludzie są jakby oderwani od rzeczywistości.

Tanie życie nie dla „turystów”

W dobie telewizji, internetu, wszędzie docierającej turystyki rdzenni mieszkańcy Tajlandii, Filipin czy jakiegokolwiek innego kraju będącego dla niektórych rajem nauczyli się wykorzystywać walory swojej ziemi. Ci ludzie mimo, że są może często mniej wykształceni, są zapewne tak samo inteligentni jak Amerykanie, Niemcy czy Polacy.  Oni mogą żyć za 500$, ale nie łudźmy się, że pozwolą za tyle żyć „turystom”. Chyba, że chcemy egzystować na poziomie, który daleko odstaje od wyobrażeń przeciętnego mieszkańca wielkiego miasta.

Chłopaki z  Break Da Cycle też zapewne przeżywają niesamowitą przygodę, a masa osób czytających ich bloga zazdrości im tej wyprawy. Tylko czy dla Ciebie czy dla mnie faktycznie takie życie byłoby do zaakceptowania?

Jak wspomniałem w pierwszym moim wpisie niesamowite wrażenie zrobił na mnie ten filmik:

Fragment wpisu Corbetta z 2009 roku dotyczący ceny wynajmu domu/mieszkania w meksyku: „Larger apart­ments and two-bedroom houses tend to rent for between $600 and $1200 per month”. Jesteśmy w roku 2011. Ceny zapewne wzrosły zauważalnie. Wydaje mi się, że sensownym minimum (i to pewnie nie na coś takiego jak widać na załączonym filmiku) będzie to 1200$. Czyli wynajmując mieszkanie płacimy w granicach 3000 zł miesięcznie. Do tego życie co najmniej drugie tyle i możemy za 6000 zł myśleć o w miarę „normalnym” egzystowaniu w Meksyku.

Jak to się ma do innych krajów?

  • Hiszpania – według spainexpat.com: 800-900E to absolutne minimum, 1300E pozwala nam na trochę rozrywek.
  • Malta – apartament z jedną sypialnią z dala od pięknych widoków 250E miesięcznie, 100E/tydzień jedzenie dla 2 osób (ciężko mi to sobie wyobrazić). Jakby wszystko podliczyć wyjdzie pewnie z 1500-2000E. Dane z maltaparadise.com.
  • Argentyna – wg. forum lonelyplanet.com na w miarę przyzwoite życie 1000$ to absolutne minimum.
  • USA – znalazłem ciekawą stronę http://www.livingwage.geog.psu.edu, gdzie możemy sprawdzić ile pieniędzy wymaga życie w poszczególnych zakątkach tego kraju. Dla przykładu w miasteczku Hershey (Pensylwania)  rodzina składająca się z 2 dorosłych osób (tak jak jest obecnie w moim przypadku) potrzebuję rocznie około 27,438$, w Los Angeles musimy mieć 32,636$, jakaś mała mieścina Blain (Nebraska) to wydatek roczny rzędu 22,885$.

W moim odczuciu żeby faktycznie być niezależnym od lokalizacji trzeba zarabiać naprawdę duże pieniądze. Osoby, które idą „na żywioł” często nie biorą pod uwagę takich wydatków jak chociażby samochód czy ubezpieczenie zdrowotne. Można żyć pewnie za dużo mniejsze kwoty niż podałem w tym wpisie, ale czy warto? Zazwyczaj dążymy do polepszenia swoich standardów życiowych. Jeśli w „obecnym życiu” jeździmy samochodem, chodzimy do kina, restauracji – jaki sens ma pozbywanie się tego wszystkiego dla złudnego poczucia niezależności?

Niezależny będę się czuł dopiero wtedy, gdy w każdej chwili będę mógł powiedzieć: „jutro się pakuję i lecę do rodziny/znajomych na weekend”. Jeśli nie będzie mnie na to stać to będę uważał, że lokalizacja mimo wszystko mnie do siebie przywiązała. I nie ważne czy będę wtedy na Miami Beach, Manhattanie, wyspie Holbox czy gdziekolwiek indziej…

Jestem bardzo ciekawy jakie Ty masz doświadczenie z tym tematem. Z chęcią zapoznam się z opiniami osób, które mają zgoła odmienne informacje (może własne doświadczenia). Zapraszam do komentowania.

56 komentarzy(e) dla “Ile kosztuje niezależność od lokalizacji?”

  1. george pisze:

    Nie da się ukryć, że relokacje, nie są dla każdego, zachwalający je nomadzi są prawdopodobnie zadowoleni ze swojego trybu życia, ale w swoich elaboratach pomijają sporo kwestii. Wspomniałeś o ochronie zdrowia, mnie przy rozważaniach relokacji uderzyła kwestia edukacji moich ewentualnych przyszłych dzieci.

    I też zgadzam się z Tobą ze prawdziwa niezależność od lokalizacji jest wtedy kiedy mogę polecieć z powrotem do Polski na weekend/tydzień/miesiąc tylko dlatego że tęskniłem się za ludźmi których tutaj znam.

  2. Robert pisze:

    No właśnie, czym innym jest relokacja dla osoby samotnej a czym innym dla posiadającej już rodzinę, dzieci. Oczywiście i wśród takich osób zdarzają się wyjątki ale wystarczy spojrzeć na autorów takich blogów o podróżowaniu.

    Ja jakoś nigdy nie zastanawiałem się nad relokacją. Oczywiście takie myśli przychodzą, aby wyjechać tu czy tam jednak nigdy nie traktowałem tego bardzo poważnie. Ot, może kiedyś.

    I wcale nie żałuję. Taka zmiana miejsca zamieszkania nie jest dla każdego również ze względów mentalnych. Są osoby (w tym ja), które zarabiając w internecie chcą również osiągnąć sukces zawodowy i myślę, że nie ma w tym nic dziwnego. Chociaż, może za 20 lat moje poglądy się zmienią to wtedy pomyślę o przeprowadzce w tropiki;)

  3. Gosia pisze:

    Witaj Łukasz.

    Widzę, że niezależność od lokalizacji Cię mocno gnębi. Zaczne od odniesiania się do ideii Marcina. Ja też czytam jego blog wiele z niego się nauczyłam a jego pomysł na życie „gdzie tylko chcesz z jednym plecakiem” jest super ale dla osób młodych, nieposiadających zobowiązań i stanu wolnego. Ja sama będąc w jego wieku też dużo podróżowałam tą możliwość zapewniał mi zawód pilota wycieczek, dobrze płatny i pozwalajacy po sezonie na zwiedzanie na własną rękę. Z czasem, życie na walizkach i w hotelach czy hostelach zaczyna bardzo męczyć. Nawet kilkumiesiączne stałe pobyty w jednym miejscu z czasem dają w kość niby masz możliwość ciągłego uczenia się i poznawania nowych ludzi i sytuacji ale zaczynasz odczuwać,że coś tracisz, że życie mimo wszytsko ucieka Ci bokiem.
    Ja po 6 latach takiego życia wróciłam na dobre do Polski i poczułam,że dopiero teraz zaczełam życie w pełni- ot taki paradoks.
    Dlatego uważam,że tego typu idea jest super ale dla młodych ludzi i na kilka lat, zobaczyć coś a potem z bagażem doświadczeń wrócić do „domu”.
    Życie z jednym plecakiem nie jest pełnym życiem – to taka moja metafora.

    Po kilku latach stabilizacji w Polsce z mężem podjeliśmy decyzję o podróżo – emigracji. Chcemy nadal zwiedzać świat ale nie na szybko i nie z jednym plecakiem. Od kilku lat mieszkam w Irlandii czyli jednym z najdroższych krajów Europy. Aby złapać tutejszy pułap stopy życiowej podobnej do tej jaką prowadziliśmy w Polsce musieliśmy oboje przez jakiś czas pracować na etacie, choć przyznaje, że tu znacznie łatwiej czegokolwiek się dorobić, jednak na początku od emigranta wymaga to pewnych poświęceń. Obecnie ja prowadzę firmę, mąż nadal pracuje na etacie a ceny w Irlandii noramlnieją.
    Pewnie jeszcze pomieszkamy tu klika może kilkanaście miesięcy i może zmienimy kraj na tańszy i cieplejszy.
    I zgadzam się z Tobą, że aby żyć „gdzie kolwiek się chce” na poziomie średniej klasy w Polsce trzeba mieć spore dochody i nie mówie tego z mojej prespektywy ale osób, które zanam a które mieszkają w dużo tańszych krajach między innymi w Meksyku. A dla mnie po Irlandii prawie każdy kraj będzie tańszy ;) .

    • Łukasz pisze:

      Irlandia jest jednym z najdroższych krajów Europy?

      Ja niestety w całym swoim życiu w zasadzie poza Polską nigdzie nie byłem. Kilka miesięcy temu pierwszy raz udałem się gdzieś dalej. Razem z żoną odwiedziliśmy jej siostrę, która od kilku lat mieszka w Irlandii Północnej, a dokładniej w Belfaście. Powiem szczerze, że od tamtego wyjazdu chyba jeszcze bardziej zapragnąłem zwiedzić trochę Świata. Belfast spodobał mi się bardzo (równe drogi w szczególności:)). Nawet myślę, że mógłbym tam mieszkać… W ogóle chciałbym zwiedzić Wyspy. Odstraszają mnie ceny, z tym że myślałem, że w zasadzie tylko okolice Londynu są bardzo drogie. Liczyłem, że pozostałe tereny są troszkę tańsze (w Belfaście myślę, że do całkiem normalnego życia dla 2 osób wystarczy ok. 5-6tys zł).

      Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane pojeździć po Świecie. Mimo dostępu do internetu, telewizji moja wiedza o innych zakątkach globu jest znikoma. Liczę, że zobaczę jeszcze kiedyś coś poza naszymi szarymi blokowiskami…:)

    • Gosia pisze:

      Tak Łukasz Irlandia to znaczy Republika do niedawna była najdroższym krajem Europy. Jak tu przyjechałam wynajmowaliśmy mieszkanie dwu pokojowe za tą samą cenne jaką płacimy za obecne dużo większe 3 pokojowe mieszkanie (lokalizacja i wiek bloku podobny).
      Niewiem jak ceny mają sie obecnie w Londynie ale dwa lata temu za obiad w podobnej jakości lokalu w Londynie zapłaciłam o 10 euro mniej niż w Dublinie, reszta Irlandii jest ciut tańsza.
      Belfast jest zdecydowanie tańszy niż Dublin.

  4. Nie sposób się z tobą nie zgodzić w wielu kwestiach, sam bardzo często „zachłystuję” się słowami innych a sceptycyzm odstawiam na bok (żeby nie wyjść na marudę ;-) . Jednak im starszy jestem tym szybciej zaczynam dostrzegać drugą stronę medalu, bo nie oszukujmy się, zawsze taka jest. Ślepota jest cechą młodości ;-) (ale się poczułem staro, khe khe)

    Myślę że obecna moda w dużej mierze właśnie nabrała rozpędu od czasu wydania książki przez Tima Ferrisa, która swego czasu i we mnie wzbudziła wiele emocji. Jednak kiedyś mi utkwił taki cytat w pamięci „you should read a book of Ghandi and a book of Hitler”, i myślę że zawiera on w sobie wiele racji.

    Moim zdaniem z tymi wyjazdami to jest trochę tak że wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. Człowiek zobaczy filmy czy zdjęcia z cudowną plażą, żarem z nieba i palmami i siedząc w domu w środku zimy dostaje małpiego rozumu. Jednak zauważyłem że wielu ludzi (min ja), pod koniec nawet polskiego lata ma już dość „upałów” i marzy o zimie. W zimie marzymy o wiośnie, na wiosnę marzymy o lecie. W lecie chcemy mieć trochę chłodniej tak jak na jesieni, a na jesieni już tęsknimy z śniegiem. Także kwestia pogody to jest rzecz dość względna, często podyktowana emocjami („jak tu brzydko i szaro za oknem”).

    I wygoda, standard życia to też bardzo ważna rzecz. Niedawno przeżywałem przeprowadzkę w nowe miejsce w innym kraju gdzie musiałem kompletować dużo rzeczy kompletnie od 0. Wcześniej myślałem że się jako bez nich obejdę, ale nie oszukujmy się, scyzoryk i laptop to nie wszystko ;-) Ja np lubię mieć porządne krzesło i biurko, nie lubię siedzieć byle gdzie nawet na 2h przed komputerem. I znowu problem, trzeba skombinować (to mi się akurat udało za darmo, ale myślę że nie jest to zawsze normą).

    Podsumowując uważam że masz zupełną rację że nie wszystko jest takie różowe jak to malują, ale myślę że i tak warto tego spróbować w swoim życiu – to najlepszy sposób by się dowiedzieć czego tak na prawdę chcemy, nie ważne ile byśmy blogów czy książek przeczytali. To tak jak z Twoim praktycznym podejściem w sprawie tworzenia stron WWW.

    Pozdrawiam :-)

    • Łukasz pisze:

      Oczywiście, że warto wszystkiego spróbować samemu. Tylko problem jest podjęciem pewnych decyzji. Osoby, które nie mają rodziny, dzieci, zobowiązań mogą mówić „rzuć etat, ciesz się życiem” itp. Po co harować na etacie, jak można „bez problemu” dorobić się w internecie i żyć gdziekolwiek się zapragnie. Tylko, że najwięcej tego typu stwierdzeń formułują osoby, które nie mają pojęcia o e-biznesie (biznesie) i w ogóle o życiu „na swoim”.

      Jak ktoś dopiero wkracza w dorosłe życie może pewne decyzje podejmować z większą śmiałością. Bo czym tak naprawdę ryzykuje? W ogóle będąc samemu inaczej patrzymy na Świat. Żyjemy tylko dla siebie i nic nas nie obchodzi.

      P.S. Widzę, że Ty już przeżyłeś przygodę swojego życia. Może napiszesz ile wg Ciebie musiałbyś miesięcznie mieć pieniędzy, żeby się na przyzwoitym poziomie utrzymać w Chinach?

    • Fakt, ja sam dzieci nie mam, ale Polskę zostawiłem po 5 latach pracy na etacie i z mieszkaniem na kredyt. Fakt, jest mi trochę łatwiej bo mieszkaniem moim ma kto się zająć i nie muszę się przyjmować dobieraniem następnych najmujących (myśl że mieszkanie się samo spłaca daje w sumie dość duży komfort psychiczny). Mam za to dziewczynę i w sumie ona podyktowała kierunek mojego wyjazdu, chociaż myśl o tym żeby spróbować gdzieś tam dalej dojrzewała we mnie od dobrych 2 lat. Przez ten czas „spróbowałem” jak to jest gdzie indziej, ten blog to tylko jedna z moich podróży.

      Od razu muszę zaznaczyć że nie jestem osobą którą zarabianie w internecie by specjalnie interesowało gdyż znajduję satysfakcję w tworzeniu i kontaktach z innymi ludźmi, i dla mnie takie życie jest najbardziej ciekawe i wartościowe, stąd nie wyjadę do, przepraszam za określenie, zabitej dechami wioski gdzieś na końcu świata tylko po to żeby żyć tanio. Z drugiej strony w Polsce na ścianie wschodniej da się też dużo taniej żyć niż wielkich miastach, dlaczego nikt tam nie wyjeżdża ? Ba, moim zdaniem równie tanio jak w Meksyku czy Tajlandii. Ceny niektórych produktów są praktycznie takie same wszędzie na świecie (a żyję teraz w Oslo w Norwegii, w jednym z najdroższych miast świata), główna różnica to ceny mieszkań, jedzenia i usług. A te moim zdaniem są na prawdę niskie w niektórych rejonach Polski. A że tam będzie ciepło, plaża i morze ? To jest fajne, jasne, ale tylko dlatego że nam tego tutaj brakuje i do tego nas ciągnie.

      Moje obecne decyzje o zmianie miejsca zamieszkania jest podejmowana przez pryzmat mojej drugiej połówki. Na chwilę obecną nie wiem gdzie będę żył za kilka miesięcy, i nawet mi się to podoba :-) Ale głównie z takiego powodu że ja po prostu lubię zmianę, i myśl że za kilka miesięcy mogę mieszkać w Chinach (tu akurat bardzo celnie trafiłeś) jest mi bardzo miła. Wiem jedno, że się odnajdę gdziekolwiek się znajdę, wiem też drugie, za parę lat wrócę na stałe do któregoś z tych krajów które odwiedziłem i osiądę tam na stałe. A te podróże i życie w innym miejscu – to będą tylko miłe wspomnienia, nie życie z myślą o oszczędzaniu pieniędzy.

      Jako że moja dziewczyna jest z Tajwanu, a obecnie jest w Europie, rozważamy różne opcje. Jedną z nich było któreś duże miasto w Chinach. W sumie bardzo prawdopodobną opcją. Co do cen życia tam to mogę opowiedzieć tylko z punktu widzenia turysty, transport, jedzenie, ubrania – 50% tego co w PL, mieszkania w dużych miastach nieznacznie taniej niż w Poznaniu. Mieszkanie w dużym mieście z dobrze rozwiniętą infrastrukturą (w PL niestety z tym nadal ciężko, w Beijing przejazd nowiutkim metrem kosztuj 1 zł!, słownie jeden zł) niweluje potrzebę posiadania samochodu. Nieraz taniej jest wynająć w razie potrzeby (tak, miałem samochód ostatnie 10 lat i bardzo rzadko mi go teraz brakuje, za to nie brakuje mi związanych z nim wszelkich kosztów)
      Wybacz że nie podaję dokładnych kosztów życia na poziomie ale jest to rzecz bardzo indywidualna a poza tym szkoda mi czasu by kalkulować każdy grosz (bynajmniej nie jestem rozrzutny), życie jest za krótkie by się tym tak martwić (myślę że po Oslo już wszędzie mi się będzie wydawało tanio, jak wspominam Londyn to myślę – ehh tam to tanio było ;-)

      Co do Tajwanu którego rozwój stoi oczko wyżej niż Chin (nadal), mam lepsze rozeznanie z racji mojej dziewczyny, i w stolicy ceny są generalnie takie same jak w naszej stolicy (tak swoją drogą zarobki nieznacznie wyższe – za to oni pracują nieziemskie ilości godzin – jest nie do pomyślenia by pracować 8h dziennie).

      Bardzo jednak lubię Twój wpis jako próbę przeciwstawienia się obecnej modzie, dobrze czasami wylać kubeł wody na rozżarzone głowy. IMHO jednak powodów dla których taki wyjazd nie jest zawsze najlepszym rozwiązaniem powinno się szukać także gdzie indziej (z drugiej strony to samo się tyczy dlaczego warto wyjechać)

  5. Marcin pisze:

    Bez urazy, ale to bzdura. Tak to jest jak opierasz się na statystykach z Internetu i danych dla Amerykanów, dla których 50 dolarów dziennie to „budget travel”.

    Po kolei:

    „Wiele osób roztacza wizje taniego życia. Tajlandia, Meksyk, Kuba” – akurat Kuba jest złym przykładem, bo raz że jest socjalistycznym piekłem, to dwa – ma dwie waluty: lokalną i dla turystów (w tym wypadku: wszystkich obcych). I ceny dla turystów są absurdalnie wysokie.

    „Śmiem wątpić, że będzie to proste sądząc po wypowiedziach wielu osób, które znalazłem w ciągu ostatniego czasu w internecie. Przeczytaj komentarze pod tym wpisem.” – część komentatorów pod tym wpisem to totalni kretyni z gatunku tych stereotypowych Amerykanów co myślą, że Europa to kraj i nigdy nie opuścili USA. Jest tam co najmniej parę osób co pisze, że za 500 dolarów W OGÓLE nie da się NIGDZIE żyć. Ciekawe, że w Polsce bardzo wiele osób żyje za 1500 zł i nawet nie można ich określić biednymi jak za tyle się utrzymują. Niektórzy są takimi ignorantami, że nie potrafią zrozumieć, że na świecie są różne waluty, różny poziom rozwoju, a co za tym idzie, bardzo różne ceny. W jednym kraju za jedną kwotę nie da się wyżyć, w drugim żyjesz za to normalnie, a w trzecim żyjesz na wysokim poziomie.

    „A oto mapa na której zaznaczone są koszty życia w przeróżnych zakątkach globu (im zimniejszy kolor tym tańsze życie)” – numbeo może dać ogólne dane, ale ogółem ceny są czasami absurdalnie przesadzone. Spójrz sobie na dane dla Polski i zobaczysz, że to głupota. Nie wiem ilu Polaków zarabia te średnie „720 euro” miesięcznie na rękę.

    „I gdzie tu pojechać? Wszędzie jest tak samo drogo” – ta, jakby odjąć większą część Azji, obu Ameryk, Wschodnią Europę i Afrykę.

    „Oni mogą żyć za 500$, ale nie łudźmy się, że pozwolą za tyle żyć turystom” – z założenia turyści przyjeżdżają do danego kraju zwykle na krótkie wakacje i mieszkają w hotelach, które mają przesadzone ceny w stosunku do wynajmu lokalnych mieszkań. Więc tak, turyści za tyle nie przeżyją, bo muszą wydawać 100 dolarów za noc w hotelu i jeść codziennie w restauracji. Ale oni zwykle nie zatrzymują się na dłużej niż dwa tygodnie, więc kompletnie to zdanie tu nie pasuje.

    Inna kwestia to ekspaci. Jednak jeżeli nie są typowymi nowobogackimi, którzy codziennie muszą jeść w restauracji i mieszkać w największym możliwym domu, to po czasie (jak poznają lokalne ceny, dowiedzą się co, gdzie i od kogo kupować, nauczą się języka) ich koszty życia będą podobne do kosztów życia lokalnych mieszkańców żyjących na tym samym poziomie życia.

    „Larger apart­ments and two-bedroom houses tend to rent for between $600 and $1200 per month”. Jesteśmy w roku 2011. Ceny zapewne wzrosły zauważalnie. Wydaje mi się, że sensownym minimum (i to pewnie nie na coś takiego jak widać na załączonym filmiku) będzie to 1200$” – to są ceny domów wakacyjnych, w których mieszkają tylko turyści (z reguły prawie wszystkie apartamenty beachfront są dla turystów). Żaden lokalny by tyle nie zapłacił. Do tego dodaj, że w wielu miejscach obcokrajowców kroi się na czynszu, szczególnie jeżeli są z Ameryki i dla nich różnica między 400 a 600 dolarów miesięcznie jest prawie żadna, więc nic nie negocjują.

    Tak samo jak czytałem na innym amerykańskim blogu, że autor wynajął w Krakowie za „rozsądne” 100 dolarów dziennie mieszkanie w centrum. Chyba dobrze wiadomo, że prawie żaden Polak w czymś takim nie mieszka. Ale według Twojego toku rozumowania to znaczy, że „rozsądne” ceny mieszkań w Polsce to 100 dolarów dziennie, czyli 3000 dolarów miesięcznie, czyli 9000 zł. Kurde droga ta Polska jest, trzeba odłożyć 9 kafli za samo mieszkanie. Nieważne, że tyle zarabia może 5% Polaków.

    „Czyli wynajmując mieszkanie płacimy w granicach 3000 zł miesięcznie. Do tego życie co najmniej drugie tyle i możemy za 6000 zł myśleć o w miarę “normalnym” egzystowaniu w Meksyku” – LOL. Czy Ty naprawdę myślisz, że przeciętny Meksykanin zarabia 6000 zł miesięcznie? Przeciętny Meksykanin zarabia może tyle co Polak, jeżeli nie mniej (zależy od regionu, w Meksyku te różnice z powodu powierzchni kraju są znacznie większe). I żyje za to absolutnie NORMALNIE, tak jak przeciętny Polak w Polsce. Za 6000 zł to będziesz tutaj w większości miejsc żył jak król.

    Zresztą sobie sam spójrz na dane (trochę stare, ale i tak oddają realia): http://www.worldsalaries.org/mexico.shtml i http://www.worldsalaries.org/poland.shtml. Przeciętny Polak zarabia kilkadziesiąt procent więcej niż Meksykanin, a teraz po dołączeniu do UE pewnie to się jeszcze podniosło.

    W ogóle nie wiem skąd wziąłeś drugie 3000 zł na życie. O ile nie jesz codziennie w restauracji to jedzenie (i picie) na miesiąc będzie Cię kosztować może 500-600 zł. A jak już uznałeś, że mieszkanie ma niby kosztować 3000 zł miesięcznie, to w cenie jest wszystko (rachunki, Internet, sprzątanie). Nawet jakbyś miał jeszcze wydawać na transport, kosmetyki, jakieś lokalne lekcje i inne atrakcje z 500 zł na miesiąc to zostaje dalej 2000 zł. Okej, nawet uznajmy, że na inne rzeczy płacisz 1000 złotych albo i 1500. Nie wiem na co jeszcze można wydać pozostałe 1500 czy 1000.

    Jak chcesz mieć dane od kogoś, kto się zna na tym co pisze (i jest Amerykaninem, ale ma pojęcie o światowych cenach), to przeczytaj sobie ten wpis: http://www.wanderingearl.com/living-abroad-for-less-than-1000-per-month/

    Jeżeli przez 11 lat podróżowania Amerykanin nigdy nie wydał przez miesiąc więcej niż 1000 dolarów (i to nawet w tych wydawałoby się strasznie drogich krajach jak Australia), to Polak może to zrobić jeszcze łatwiej (z tego powodu, że ma inny punkt widzenia niż Amerykanin i ma inne pojęcie słowa „drogi”).

    I to nie przy oszczędzaniu na wszystkim: „And I’m not always a super-frugal nomad! If there’s something I want to do, I’ll pay for it without worrying too much about the cost and rarely have I had to skip out on something because it was too expensive”.

    Cała Twoja teza „6000 zł” miesięcznie upada, no ale od początku była strasznie naciągana.

    Podawanie jako przykładów Hiszpanii, Malty czy USA to już jest kompletne przegięcie, bo to jedne z najdroższych krajów na świecie (w porównaniu do niektórych krajów Azji czy Ameryk) i jak chcesz się do nich przeprowadzić to nie po to, żeby korzystać z geoarbitrażu.

    Sorry jeżeli momentami napisałem coś za ostro, ale ten wpis jest totalnie nieprawdziwy i mam wrażenie, że szukasz na siłę wymówek, że niezależność od lokalizacji i geoarbitraż nie mają sensu mimo że wcześniej pisałeś, że chcesz to zrobić, ale trudno byłoby Ci przekonać żonę.

    Jak takie życie nie jest dla Ciebie to okej, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Ale nie naginaj teraz na siłę faktów, żeby wyszło, że to jest nierealne albo że ktoś „ukrywa prawdę”.

    • borocasso pisze:

      Łukasz, moim zdaniem Marcin ma rację. Chodź ogólna idea wpisu była prawdzie jeżeli chodzi o osoby 30+ lat, to niestety ale bardzo widać iż twoje dane statystyczne są mało realne.

    • Zacol pisze:

      Zgadzam się z Marcinem. Trochę popłynąłeś z tymi cenami.

    • Paweł pisze:

      „Spójrz sobie na dane dla Polski i zobaczysz, że to głupota. Nie wiem ilu Polaków zarabia te średnie “720 euro” miesięcznie na rękę.”

      Marcinie – to nie jest głupota, tylko ralne liczby.
      Zakładając kurs euro na poziomie 4 zł, to:

      wg danych GUS
      Polak zarabia średnio 829 euro miesięcznie

      Źrodło: http://forsal.pl/artykuly/420561,gus_przecietne_wynagrodzenie_wzroslo_do_3316_38_zl_w_i_kw_2010_r.html

      Jeśli nawet przyjmniejmy, że to dane średnie, które nijak mają się do rzeczywistości, to możesz sprawdzić dowolne dane ankietowe, które pokrywają się jednak z danymi GUSu. Np. te z artykułu: Ile zarabiają Polacy naprawdę?

      „Od 2,2 tys zł do 5,3 tys. zł – okazuje się, że tyle najczęściej zarabiają Polacy.” (czyli od 550 do 1325 euro)

      Źródło:
      http://praca.wp.pl/title,Ile-zarabiaja-Polacy-naprawde,wid,11675985,wiadomosc.html?ticaid=1be73

    • Łukasz pisze:

      Marcin – to co napisałem to moje spojrzenie na ten temat. Jak wiesz nigdzie w zasadzie nie byłem i nie piszę tego z praktyki. Od czasu zapoznania się z Twoim blogiem zacząłem uważniej śledzić ten temat i szukać miejsca, gdzie mógłbym „kiedyś” wyjechać. Im więcej czytam tym więcej mam wątpliwości odnośnie tego czy tak łatwo jest zmienić lokalizację.

      W swoim wpisie nie powoływałem się na ideę geoarbitrażu. Przykład USA podawałem dla tego, że chciałbym kiedyś zobaczyć ten kraj. Po prostu. Piszesz, że Meksykanie zarabiają mniej niż Polacy. Marcin – nie wiem z jakiej części Polski pochodzisz, ale ja nie wyobrażam sobie utrzymać mojej rodziny za kwoty, które podałeś. Wiem, że w Polsce ludzie żyją i za 1000 zł, ale co z tego? Jak wkraczałem w dorosłe życie zarabiałem na początku 1000 zł i stać mnie było na wiele – uwierz mi. Później zamieszkałem „na swoim” i utrzymywałem przez jakiś czas siebie i żonę za moją pensję z etatu (wtedy jakieś 2300 z tego co pamiętam). Da się? Oczywiście, że się da. Tylko, że jakbym wychodził z tego założenia to niestety, ale nie był bym tu gdzie jestem aktualnie.

      Zobaczysz za jakiś czas czy będziesz się utrzymywał za te pieniądze co teraz. Samochód, ubezpieczenie, dom/mieszkanie, rozrywka to tylko niektóre z wydatków które człowiek stara się ograniczać będąc gdzieś daleko… Mylę się? Ja nie wątpię, że za 1000$ utrzymasz się w Meksyku, Tajlandii itp. Ja bym się nie utrzymał – po prostu. Nie wierzę w to. Ja nie jestem typem podróżnika i pewnie nie będę. I powtarzam jeszcze raz. Jeśli miałbym się przeprowadzić gdziekolwiek to nie po to, żeby moje warunki życiowe się pogorszyły.

      Nawet jakbyś miał jeszcze wydawać na transport, kosmetyki, jakieś lokalne lekcje i inne atrakcje z 500 zł

      500 zł? Benzyna 300 zł (a jeżdżę naprawdę mało), ubezpieczenie samochodu 130 zł, kosmetyczka żony i jakieś jej kosmetyki 200 zł – już masz ponad 500 zł.

      jedzenie (i picie) na miesiąc będzie Cię kosztować może 500-600 zł

      Wybacz, ale to jest niemożliwe. Na jedzenie i picie wydajemy z żoną sporo więcej.

      Jeżeli przez 11 lat podróżowania Amerykanin nigdy nie wydał przez miesiąc więcej niż 1000 dolarów

      Piszemy o dwóch różnych rzeczach. Ja o stałej (długookresowej) przeprowadzce, Ty o podróżowaniu.

      Sorry jeżeli momentami napisałem coś za ostro, ale ten wpis jest totalnie nieprawdziwy i mam wrażenie, że szukasz na siłę wymówek, że niezależność od lokalizacji i geoarbitraż nie mają sensu mimo że wcześniej pisałeś, że chcesz to zrobić, ale trudno byłoby Ci przekonać żonę.

      Nie mam 5 lat żeby się obrażać. Cenię sobie wszelkie komentarze. Nie szukam wymówek. Nie o geoarbitraż mi chodziło. I nie piszę, że niezależność od lokalizacji nie ma sensu, bo jak najbardziej chciałbym być w ten sposób niezależny. Po prostu inaczej rozumiemy to pojęcie.

    • Marcin pisze:

      „Piszemy o dwóch różnych rzeczach. Ja o stałej (długookresowej) przeprowadzce, Ty o podróżowaniu” – Earl w tym czasie mieszkał też przez dłuższy okres w różnych miejscach (co jest zawarte we wpisie, który wkleiłem). W przypadku podróżowania wydaje się zresztą zwykle znacznie więcej niż przy relokacji, bo ciągle wydajesz na transport, atrakcje typu wejścia do turystycznych miejsc, noclegi (dla turystów są droższe niż mieszkanie) itd.

      Co do reszty – czy tak jak sugeruje seb2k6 nie jest to trudny przypadek zależności od przedmiotów? Kiedy się raz wyzbędziesz tylu rzeczy, to szybko zauważysz, że nie wiesz po co w ogóle ich wcześniej potrzebowałeś.

    • Łukasz pisze:

      Jakoś ten minimalizm do mnie nie przemawia…:)

  6. Michal pisze:

    Uwagi całkiem trafne. Z drugiej strony, ciężko mi się zgodzić z tą „mapą kosztów życia”, którą pokazałeś. Miałem okazję porozbijać się nieco po świecie i stwierdzam, że życie w Polsce jest naprawdę trudne z finansowego punktu widzenia. Nie bardzo wyobrażam sobie egzystencję 3-osobowej rodziny o przychodzie miesięcznym mniejszym niż 8K PLN. Dokładnie tyle samo w Teksasie (8000 PLN = 2800 USD) pozwala na znacznie więcej niż w Warszawie. Co przy średniej płacy na poziomie 5000 USD (wg payscale.com) to nie jest żaden wyczyn.

    W moim przekonaniu czynnikami, które nas powstrzymują przed migracją jest dom (a najczęściej kredyt na takowy) i obawa przed brakiem pracy zarobkowej. Jeśli ktoś ma możliwość zarabiania w sieci tyle, żeby się utrzymać w Warszawie, to może już mówić o niezależności finansowej od miejsca pobytu. Przynajmniej w jakimś stopniu.

    • Robert pisze:

      „Nie bardzo wyobrażam sobie egzystencję 3-osobowej rodziny o przychodzie miesięcznym mniejszym niż 8K PLN” – no i teraz to ja się zdziwiłem, na prawdę. Nie żebym się czepiał, ale jeżeli nie spłacasz kredytu za połowę z tej kwoty to chyba niczego sobie nie żałujesz;)

      Ja obecnie (fakt, nie mieszkam sam) nie wydaję miesięcznie nawet 900zł i nie wyobrażam sobie abym nawet przy znaczącym skoku dochodów i własnym mieszkaniu zaczął wydawać więcej niż 4000;)

    • Łukasz pisze:

      Robert – zobaczysz za jakiś czas jak zmieni się Twój sposób patrzenia na Świat i Twoje wydatki. Ja jak zaczynałem „karierę” zawodową zarabiałem 1000 zł i starczało mi to na wszystko. W tym momencie zarabiam dużo, dużo więcej i mimo wszystko nie mogę sobie pozwolić na wszystkie zachcianki. Samo życie nagle zaczęło mnie kosztować sporo więcej. Zarabiając więcej, wydajesz więcej – nawet na podstawowe produkty. Zobaczysz sam za jakiś czas.

    • Gosia pisze:

      Pewnie pod tymi słowami Łukasza podpisze się więce osób. Ja sama po sobie wiedzę jak wzrastają moje ptrzeby z wiekiem.
      Ja do kosztów niezależnego życia od lokalizacji dodałabym koszty przeprowadzki. Wydatki na życie jak wiemy zależą od naszego stylu i potrzeb oraz od tego z ilu osób składa się nasza rodzina.
      Gdy chcemy uprawiać geoarbitraż dochodzą koszty podróży i przeprowadzek, a te są znaczne. Owszem można jak Marcin i jemu podobni przenosić się tylko z jednym plecakiem ale czy aby napewno chcemy pozbawiać się w nowym miejscu dosłownie wszytskiego co posiadamy?
      Przeprowadzki na większą skalę są drogie, sama o tym wiem dobrze.
      Idea modnego geoarbitrażu mówi o częstym zmienianiu lokalizacji, co w przypadku rodzin jest prawie nie możliwe. Owszem można sobie podróżować z dzieckiem dookoła świata ale to jest podróż a nie zmniana zamieszkania.
      Jeżeli naszym planem jest spędzanie zim w Meksyku a lata w Polsce to w przypadku rodzin jest to prawie wykonalne. No chyba, że mamy wysoki dochód i jesteśmy w stanie utrzymać po pierwsze dwa domy ( w Polsce i wybranej lokalizacji), zapłacić za 100 kg bagażu plus bilety i utrzymac się na miejscu na poziomie porównywalnym do Polskiego.

      Dlatego idea geoarbitrażu i podróżowania na zailczenie przez kilka lat jest dla mnie absurdem. Owszem można sporo się nauczyć w podróży, wiele zobaczyć ale pytanie jakim kosztem(nie chodzi mi o koszt finansowy)?
      Poznałam już kilku cybernomadów i odniosłam wrażenie, że gdzieś się zaplątali w tej ideologii, gdzieś zgubili siebie. Mają znajomych w całym świecie ale nie mają przyjaciół, z rodzinnami z powodu rzadkich osobistych kontaktów stracili mentalną więź, rodzinny ich nie rozumieją. Są sami i nieszczęśliwi a kolejny kraj ma im zapewnić powrót szczęścia.
      Obecna moda na podróżowanie odstręcza od podrózowania rasowych podróżników, ludzi, których natura stworzyła do tego by jeździli gdzieś daleko na długo a potem bez większych problemów wracali do swoich środowisk i opwoadali innym o tym co widzieli.
      Mnie bardzo denerwuje ta moda, sama lubie podróżować ale aby podróżować trzeba wiedzieć po co się to robi i być do tego przygotowanym.
      Natomist sławetną niezależność od lokalizacji nazwałabym tak jak do tej pory się to nazywało – emigracją.
      Bo czymże to jest innym jak nie wyjazdem za granicę naszego kraju w celu poprawienia sobie bytu, czy poznawczym. A słowo emigracja już nie jest tak modne i nacechowane emocjonalnie raczej negatywnie, nieprawdaż? Nawet kilkumiesięczne wyjazdy są wyjazdami emigracyjnymi. I każdy kto osiedla sie w nowym kraju jest postrzegany jak emigrant z wszystkimi dobrymi i złymi konsekwencjami tego. A emigrantem nie każdy może być, bo co się stanie jak nasz fundusz awaryjny się skończy, nasza obecna e-praca czy inna przestanie nam przynosić dochody? Miejscowi niechętnie dadzą nam zgodę na pracę lub zasiłek. Wtedy jeżeli nie mamy odpiednich cech psychicznych popadniemy w depresję. Co powoli zaczyna być widoczne w wielkiej emigracji Polaków do Irlandii.
      Dlatego zanim kotkolwiek zacznie rozważać czy go stać czy nie na wyjazd zagranicę aby sobie pomieszkać gdzieś inndziej niech przemyśli czy jego psychika zniesie bycie emigrantem? I czy jest świadom, że jak wróci do swojego rodzinnego kraju to zastanie go innego (państwo, znajomi, rodzina) niż jak opuszczał? Zmiany następują szybciej niż nam się wydaję i nawet kilku miesięczne wyjazdy powodują, że ustalony w naszej głowie obraz naszej rodzinny, znajomych itd. nie będzie się zgadzał ze stanem faktycznym. Ta niespójność jest częstym powodem depresji u powracających emigrantów i trudności w ponownym przystosowaniu się do życia w rodzinnym kraju.
      Przemyślcie to zamsiat się zastanawiac czy stać was czy nie na zmianę kraju, i który jest tańszy.

  7. Witek pisze:

    Mam wrażenie, że Łukasz i Marcin mają swoje punkty widzenia i szukając różnych argumentów (czasem nie trafionych) starają się przekonać samych siebie i innych, że mają rację.

    Niezależność od lokacji to bezsprzecznie dla każdego coś innego. Dla mnie akurat to możliwość mieszkanie po parę miesięcy w różnych częściach naszego kraju. Jestem dopiero na początku drogi do osiągnięcia tego, ale o niezależności myślałem akurat w tym kontekście.

    Co do kosztów i poziomu życia to wszystko indywidualna sprawa. Sam jeszcze 4 lata temu przejechałem autostopem Europę wzdłuż i wszerz, a teraz jak mam jechać na wakacje w kraju bez auta to za mało komfortowe dla mnie. Co innego jak się jest młodym, nie zaznało się stabilizacji i wygody, a co innego jak się ma żonę i wygodne gniazdko od kilu lat. Wtedy jednak chcemy ten poziom utrzymać i też nie ma się czemu dziwić.

    • Paweł pisze:

      Otóż to. Moim zdaniem zarówno dane Łukasza, jak i Marcina są trafne (choć nie zawsze), ale odnoszą się do dwóch różnych modelów podróżowania / życia.

      Marcin jest minimalistą, wyjechał z jednym plecakiem, nie jeździ samochodem, żyje i podróżuje skromnie (nie biednie) i taka forma mu odpowiada.

      Łukasz w swoich wyliczeniach bierze pod uwagę swój OBECNY standard życia (którego nie chciałby obniżać), a więc: „jeździmy samochodem, chodzimy do kina, restauracji”, do tego ubezpieczenie zdrowotne, a jeśli mieszkanie to „Larger apart­ments and two-bedroom houses”. Nie jest to znowu jakiś highlife, ale od standardów Marcina powyższe wytyczne różnią się dramatycznie.

      I tak samo będą różniły się koszty. Marcin dowodzi, że da się tanio, natomiast wpis Łukasza odnosi się do trochę innych realiów. Zresztą, jak się wczytać, mamy to wyłożone wprost: „Można żyć pewnie za dużo mniejsze kwoty niż podałem w tym wpisie, ale czy warto?”

      No właśnie – czy warto? Odpowiedź każdego będzie inna.

  8. Danbec pisze:

    Cześć:) Przyglądam się dyskusji jaka rozgorzała i muszę stwierdzić, że mieszkałem w kilku krajach i Marcin ma rację, że są różne waluty, różne poziomy gospodarcze itp., więc to nie jest tak, że wszędzie trzeba mieć olbrzymią kasę żeby żyć (o egzystencji nie wspomnę, choć tego nikt by nie chciał).
    Ogólnie nie jestem przeciwnikiem zmian lokalizacji, sam zresztą zainteresowałem się ideą CouchSourfingu, (zainteresowanym polecam odwiedzić stronę). Lubię podróżować, ale (choć mam 25 lat) nurtuje mnie bardziej kwestia „co potem?”. Mianowicie mówię o własnym kącie, gdy już będę chciał osiąść w jednym miejscu z rodziną. Co ze świadczeniami (np. emerytura)? Wiem, wiem może nie być żadnej… sam coraz mniej liczę na cokolwiek od państwa, więc sam na nią odkładam. Jednak to jest coś co wielu ludzi może odstraszać – pytanie: „co będzie kiedyś?” Oczywiście ja nie neguję żadnej ze stron, staram się być obiektywnym. Wszelkie dyskusje mogą otworzyć oczy na inne, nowe aspekty tego pojęcia niezależności od lokalizacji, jednak każdy ma swoją filozofię i inaczej ją postrzega. I to jest też jakaś niezależność… niezależność myślenia. Od tego się wszystko zaczyna:)

  9. Karolina pisze:

    Niezależność od lokalizacji to bardzo ciekawa idea, ale moim zdaniem dla ludzi młodych i raczej bezdzietnych. No, ewentualnie dla ludzi z małym dzieckiem. Sam pomysł takiego życia jest fascynujący, jednakże nie wyobrażam sobie i nie chciałabym żyć w ciągłym oddaleniu od rodziny i przyjaciół.
    Jeśli zaś chodzi o tytułowe pytanie i Twoją odpowiedź na nie, to nie mogę się z nią zgodzić. To ile kosztuje nasze życie zależy od naszych potrzeb i naszych możliwości finansowych. Mieszkałam w USA za 500-700 $ miesięcznie a wiem, że można żyć również za kwotę mniejszą – wszystko zależy jak komfortowego szukasz mieszkania czy samochodu… Potencjalnie drogie życie może się okazać dużo tańsze na miejscu, wystarczy poszukać odpowiedniej okazji.

  10. Zgodze sie z teza, ze im wiecej zarabiasz tym wiecej wydajesz. Aczkolwiek, ktos moze nie wydawac wiecej bo… po co ?

    W Polsce swego czasu zylem ze swoja kobieta za 4300zl miesieczenie wynajmujac mieszkanie za 1300zl. Odjac od tego rachunki i splate dlugow miesiecznie zostawalo nam w okolicach 1600zl. I tak, mozna za to zyc. I tak, bawilismy sie, jedlismy w restauracjach, plyty z muzyka i gry nowe. Ale nie kazdy bedzie w stanie za tyle wyzyc, tak samo jak nie kazdy bedzie w stanie wydac te pieniadze (np gdyby moja Mama miala tyle pieniedzy po oplaceniu wszystkich kosztow miesiecznych nie wiedzialaby co z nimi zrobic).

    Marcin w Meksyku, badzmy szczerzy, nie mieszkal/mieszka w luksusie co Łukaszowi (autorowi tego bloga) raczej by nie odpowiadalo. Głowna roznica – kazdy potrzebuje czego innego.

    Mnie osobiscie teraz juz luksusow nie potrzeba. Nawet zarabiajac 5000pln w polsce nie wydalbym 2000 na mieszkanie, tylko po to by miec ‚luksus’.

    • Łukasz pisze:

      Paweł – nie rób proszę ze mnie snoba, który szuka luksusu za wszelką cenę:) Obecnie nie mieszkam w luksusie i nie luksus jest dla mnie najważniejszy. Po prostu zależy mi na rozwoju również w sferze materialnej.

      Nie zdecyduję się na zmianę miejsca zamieszkania, jeśli to ma sprawić, że moje warunki życiowe/lokalowe/czy jak je nazwać się pogorszą. Czym innego jest wyjazd i przygoda jaką przeżywa zapewne Marcin, czym innego decyzja o zmianie kraju/miejsca z myślą o docelowym życiu w nowych warunkach.

      Decydując się na stałą przeprowadzkę muszę brać pod uwagę takie czynniki jak: mieszkanie/dom (nie wynajmowanie tylko kupno), szkoła dla przyszłych dzieci, opieka zdrowotna, środek transportu, możliwość okresowego odwiedzania rodziny/znajomych, których zostawiam mimo wszystko tutaj. Przyznasz, że są to trochę inne priorytety od osoby, która myśli o relokacji w kategoriach podróży.

    • Rzeczywiście moze to tak brzmiec. Wybacz :) Rozumiem Twoje priorytety, po prostu mamy je inne. Najprawdpodobniej to przez wiek :) .

  11. seb2k6 pisze:

    Zanim zabierzemy się za niezależność od lokalizacji (o ile naprawdę jej chcemy a nie tylko idziemy za modą) przydałoby się zabrać za niezależność od posiadanych przedmiotów i „luksusów”, upewniając się czy to my je posiadamy czy może one nas ;)

    Pozdrawiam.

  12. Kortez pisze:

    Ten Marcin, tak przez niektórych chwalony, jest chyba dość młody, a więc niewiele jeszcze tego świata widział. Stąd jego zachwyty, bo wreszcie udało mu się gdzieś wyjechać. Robi z tego jakąś wielką hecę i nazywa to niezależnością od lokalizacji. Już kilka jego wpisów pozwala zorientować się, że to jak, i o czym pisze to zwykłe lanie wody pod spragnioną takiej tematyki publikę. Wszystko to wygląda tak, jakby on na siłę starał się sobie i innym udowodnić, że spełnił jeden z wyznaczonych punktów na drodze do niezależności. Ale co to za niezależność, gdy trzeba żyć w spartańskich warunkach i liczyć się z każdym groszem?

    • pliiant pisze:

      Tak, pięknie jest marzyć, ba! zmierzać do marzeń i być osobą niezależną…

      Mnie jednak zastanawia jedno. Ok, decyduje się na relokacje. Co robię z obecnym mieszkaniem – sprzedaje (długi proces) czy wynajmuje (tu będzie zależność od osoby, która będzie musiała się tym mieszkaniem opiekować)? Czy zostawić je puste i opłacać wszystkie media zdalnie?

      Co w przypadku kiedy będę chciał wrócić i mieszkanie sprzedałem? Gdzie się zatrzymam? Na szybko mam coś wynająć i szukać?

      Wydaje mi się, że najsłynniejszy polski rentier ma ten komfort, że nie ma własnego mieszkania, nie musi za bardzo przejmować się takimi rzeczami, jak choćby kredyty, opłaty (gaz, prąd, etc).

      Co do dyskusji o komfort życia. Przez całe życie dążę do własnej wygody i w przypadku nawet wyjazdu kilkudniowego czy kilkutygodniowego nie bardzo chcę ten standard obniżać, bo po co? Bo przez tych kilka dni mogę się przemęczyć w brzydkim, obskurnym miejscu?

      Owszem, każdy jest inny, każdy do czego innego. Reasumując, bardziej „kosztorys” Łukasza do mnie trafia, zwłaszcza jeśli nie wyjeżdża się samemu. No i zwłaszcza, jeśli się bardziej realnie trzyma podłoża i ma się jakieś „życie” za sobą.

  13. wyszukiwacz pisze:

    kłótnia teoretyka z praktykiem odnośnie kosztów życia daleko od kraju – jak w każdej kłótni nie będzie zwycięzcy.

    marcin jest młody i poszukujący – realizuje swoje założenia i plany, na które większość z nas nie może/nie chce/nie potrafi sobie pozwolić. sam bym się z nim nie zamienił, ale szczerze jestem pod wielkim wrażeniem odwagi, której mi w jego wieku zabrakło.

    łukasz jest „stary” :-) (w sense żona, kredyt itp) i nie wyobraża sobie życia za mniej niż ma w tej chwili, ale zapomina że tak jak kiedyś w PL zaczynał od 1000zł by dojść do tego co ma teraz, tak może mieć wszędzie. Niestety, z samego teoretyzowania nie ma milionów. Jak przeczytasz kilka biografii możnych tego świata to zobaczysz, że nie raz ani dwa ci ludzie tracili to co mieli, by za chwilę mieć jeszcze więcej.

    ja np. osobiście znam ludzi, którzy gdzieś wyjechali daleko od PL, zaczynali na przysłowiowym zmywaku (przenośnia), żeby po jakimś czasie samemu być pracodawcą i zarabiać kasę o której w kraju nie marzyli.

    podsumowanie: jak ktoś chce wyjechać i od razu być ustawionym tak jak sobie wymarzył to niech lepiej poogląda national geografic. przynajmniej się nie rozczaruje, rano wstanie o 6.30, pójdzie do roboty, potem wróci i obejrzy cejroskiego boso przez świat – przynajmniej bezpiecznie przeżyje życie.
    pozdro

    • Łukasz pisze:

      Nie wiem gdzie wyczytałeś, że mam kredyt. Informacyjnie – nie mam kredytu.

      Mam wrażenie, że nie przeczytałeś uważnie mojego wpisu (Marcina bloga również). Mi nie chodziło o wyjazd i zaczynanie od zera. Chciałem przedstawić następującą sytuację: Mam dochód nazwijmy to w obiegowym znaczeniu „pasywny” i chcę zmienić hipotetycznie miejsce życia. Nie mam zamiaru szukać/zmieniać pracy. Chodzi wyłącznie o wyjazd i rozpoczęcie życia w innym zakątku Świata przy wykorzystaniu zasobów finansowych, z których korzystam w tej chwili.

      zapomina że tak jak kiedyś w PL zaczynał od 1000zł by dojść do tego co ma teraz, tak może mieć wszędzie. Niestety, z samego teoretyzowania nie ma milionów. Jak przeczytasz kilka biografii możnych tego świata to zobaczysz, że nie raz ani dwa ci ludzie tracili to co mieli, by za chwilę mieć jeszcze więcej.

      To, że byli ludzie, którzy i 5 razy zaczynali od zera nie znaczy, że ja mam na to ochotę. Tracenie czegoś co się osiągnęło uznaję raczej za porażkę niż sukces. Odnośnie teoretyzowania nie wiem co masz na myśli.

      ja np. osobiście znam ludzi, którzy gdzieś wyjechali daleko od PL, zaczynali na przysłowiowym zmywaku (przenośnia), żeby po jakimś czasie samemu być pracodawcą i zarabiać kasę o której w kraju nie marzyli.

      wyszukiwacz – jaki to ma związek z moim wpisem?

  14. [...] Często nawet blogerzy uważani za autorytety w swojej dziedzinie (nie będę rzucał tutaj nawiskami/nickami) piszą o testach, podnoszeniu konwersji do 50-60%. Naprawdę sądzisz, że tego typu konwersja jest możliwa przy stronach zarabiających duże pieniądze? To co jest realne dla 100 użytkowników nie jest realne dla 100000 osób odwiedzających Twoją witrynę? Jeśli było by inaczej sam bym już dawno poświęcił na to sporo czasu i właśnie leżał bym na plaży w Miami czy gdziekolwiek indziej, będąc całkowicie niezależnym od lokalizacji…:) [...]

  15. bitrut pisze:

    Zgadzam się z tezą, że niezależność od lokalizacji łatwiej wprowadzić w życie, gdy jest się jeszcze młodym i nie posiada się jeszcze zbyt wielu środków trwałych, które człowieka do siebie przywiązują. Mając mieszkanie można je wynająć, ale wtedy przydałoby się mieć zaufaną osobę na miejscu, która o nie zadba w razie czego. Samochód można sprzedać (po ewentualnym powrocie kupi się coś innego). Na pewno nie ma sensu, żeby stał na parkingu i marniał. Można go też oddać w użytkowanie zaufanej osobie na czas naszej nieobecności.
    Co do rzeczy codziennego użytku, które trzymamy w domu – większości z nich tak naprawdę w ogóle nie potrzebujemy. inne będą zbędne w miejscu, do którego się udajemy.

    Druga sprawa to rodzina. Dzieci moim zdaniem znacząco utrudniają sprawę relokacji. Gdy są małe, wymagają wielu przedmiotów (zabawki, śliniaczki, nocniczki itp.). W wieku szkolnym jeszcze trudniej, bo chyba nie jest prostą sprawą dla nich zmienić szkołę na taką, gdzie nie posługują się ojczystym językiem i nie mają przyjaciół.
    Co innego bezdzietna para – to według mnie jest najwygodniejszy układ. O wiele raźniej jest w podróży z taką bliską osobą niż samemu. Jest choćby z kim podzielić się swoimi opiniami, jest wsparcie psychiczne.

    Ja osobiście od kilku miesięcy mieszkam w Dublinie. Pracuję na etacie. Zgadzam się, że jest tu dość drogo. Ale po pewnym czasie wiadomo co kupować i gdzie, żeby bez sensu nie przepłacać. Koszty mojego życia tutaj wynoszą około 1000euro miesięcznie, z czego ponad połowa to koszty mieszkania. Aczkolwiek muszę przyznać, że nawet będąc w Polsce nie korzystałem zbyt wiele z różnorakich usług i tak samo wygląda to tutaj. Choćby sam się strzygę, staram się nie jadać „na mieście”. Od czasu do czasu pójdę na piwo z kolegami z pracy lub do kina. Raz na miesiąc jakaś wycieczka krajoznawcza. Raz na parę miesięcy odwiedziny w Polsce.
    Koszty utrzymania samochodu są tu wyższe głównie ze względu na koszty ubezpieczenia i ewentualne koszty napraw (czyli usługi). Dlatego samochodu nie mam. Na co dzień go nie potrzebuje, a żeby pojechać coś zwiedzić to można samochód wynająć. Spory problem z głowy. Nie mając samochodu człowiek nie stresuje się, czy go ktoś nie zwinie z parkingu albo porysuje lakier.

    Więc mimo tego, że Dublin jest jednym z najdroższych państw świata, to koszty życia wcale nie są tak wysokie.

    Gdybym był tu z żoną/dziewczyną, to koszty życia jeszcze by spadły. Niższy podatek dochodowy (w przypadku żony), niższe koszty mieszkania (2 osoby w jednym pokoju) i jedzenia (można kupować jednorazowo większe ilości, które cenowo lepiej wychodzą). No i psychicznie o wiele lepiej się człowiek czuje, gdy może szczerze porozmawiać z bliską osobą.
    Szczerze mówiąc to właśnie brak bliskiej osoby na miejscu jest czymś, czego mi najbardziej brakuje na emigracji.

    Jednak nie żałuję decyzji o wyjeździe. Jest to dla mnie ciekawe doświadczenie. Mogę się sprawdzić w sytuacji, gdy tak naprawdę mogę liczyć tylko na siebie. Przekonałem się też, że nie jest to życie, które chcę prowadzić przez długi czas. Jestem typem człowieka, który lubi mieć swoją bazę życiową. Żyć blisko osób, co do których jest pewien, że może im bezgranicznie zaufać. Nie obawiać się kupienia wygodnego krzesła, żeby później zastanawiać się co z nim zrobić w przypadku zmiany lokacji.
    Cieszę się, że decyzję o wyjeździe podjąłem zaraz po skończeniu studiów. Mogłem poznać życie emigranta jeszcze przed tym, gdy nagromadziło mi się potencjalnych „kotwic życiowych”.

    Jedna rada wynikająca z tego, co napisałem wcześniej; jeśli macie taką możliwość, to wyjeżdżajcie z kimś bliskim. Jest o wiele większy komfort psychiczny.

    Na koniec chciałbym wyrazić uznanie dla Łukasza – autora tego bloga. Naprawdę bardzo ciekawe wpisy. Na dodatek udało Ci się zgromadzić wielu wartościowych czytelników (trochę nieskromnie mówiąc:). Praktycznie każdy komentarz pod tym wpisem jest bardzo wartościowy i przeczytałem je wszystkie jednym tchem – rzadko mi się to zdarza :)
    Pozdrawiam

    • bitrut pisze:

      Miałem oczywiście na myśli Irlandię jako jedno z najdroższych państw świata :) Natomiast Dublin jest oczywiście najdroższym miastem w Irlandii :) I to głównie to miasto bierze się pod uwagę przy ocenie kosztów życia.

      Ogólnie zgadzam się z Łukaszem. Wraz z wiekiem człowiekowi przechodzi ochota do relokacji. Wiele też zależy od tego czym się dana osoba na co dzień zajmuje. Jeśli ktoś siedzi na etacie w pracy, której nienawidzi, to będzie myślał o tym, żeby się wyrwać jak najdalej. A wystarczy zmienić pracę :)
      Ale jak ktoś już się w życiu pewnych rzeczy dorobił, to każda relokacja wiąże się z obniżeniem komfortu życia. Przynajmniej w początkowym kilkumiesięcznym okresie, zanim się człowiek dostosuje do nowych warunków. Ale po jakimś czasie można się dobrze odnaleźć w nowej sytuacji i dobrze wykorzystać możliwości finansowe geoarbitrażu.

    • Łukasz pisze:

      bitrut – dziękuję za kolejny (wartościowy:)) komentarz. Nie jest tak, że z wiekiem przechodzi mi ochota na relokację. Chciałbym kiedyś (być może) spróbować życia w innym miejscu. Chodziło mi raczej o to, że nie jest to takie łatwe zadanie. Po prostu czym innego jest podróżowanie, czym innego myślenie o zamieszkaniu w innym kraju. I jeszcze raz podkreślam, że nie chodziło mi o geoarbitraż. Nie bez powodu wspomniałem o USA, które nie należą do tanich państw (a właśnie tam chciałbym kiedyś pojechać). Pozdrawiam.

    • bitrut pisze:

      OK. Trochę się pogubiłem w tym kto czego oczekuje od życia w tym wątku, po przeczytaniu tych wszystkich komentarzy :)

      Do USA również chciałbym kiedyś pojechać i zobaczyć ten kraj. Ale nie wiem czy chciałbym tam zamieszkać na dłużej, ze względu na wymienione przeze mnie wcześniej powody związane z życiem na emigracji.
      Natomiast subiektywnie rzecz biorąc wydaje mi się, że USA może być wcale niedrogim państwem. Ostatnio były u nas w firmie służbowo dziewczyny z siedziby firmy w USA (dokładniej Baltimore). Były zaskoczone wysokimi cenami tutaj w Dublinie (co nie przeszkodziło im szastać gotówką :) ). Natomiast z moich doświadczeń wynika, że tutaj po pewnym czasie związanym z dostosowaniem trybu życia do nowych warunków, koszty życia nie są dużo wyższe niż w Polsce. Więc jestem gotów zaryzykować, że życie w USA kosztuje podobne kwoty jak w Polsce.
      Oczywiście są pewne szczegóły. Nie opłaca się tam leczyć (chyba, że z jakiegoś ubezpieczenia). Wykształcenie dzieci także dużo droższe. Natomiast tam raczej nie należy obawiać się posiadania samochodu :)

  16. h4nter pisze:

    @bitrut: Pozdrowionka ‚bitrut’ z Polski. Nie moge sie doczekac az Cie z Kasia odwiedzimy w tym Dublinie bracie! :-)

    Moje doświadczenia z relokacją wiążą się w zasadzie tylko do ponad 3-miesięcznego pobytu w Stanach Zjednoczonych w trakcie studiów. Wyjazd na zasadach Work&Travel, choć bardziej z nastawieniem na Work. Mimo że przez miesiąc ciągnąłem „na zmywaku” na dwa etaty, wyrabiałem po 100h na tydzień (prawdziwa praca, na stojąco, w hotelu, a później w restauracji), to czułem jednak dużo większą niezależność niż tu w Polsce:
    - niby niska pensja ($10/h) ale siła nabywcza pieniądza tam to jest coś wspaniałego. Na dobry zegarek CASIO (tam jedyne $60, w PL wtedy taki to 400zł), który mam już 7 lat, zarobiłem jedną dniówką „na zmywaku”. Na laptopa DELL, który też do dziś mi służy, zarobiłem tygodniówką ($500). W Polsce na takie rzeczy na etacie nawet po studiach ciężko w takim tempie zarobić.

    Fakt że wspomniane przez mojego brata powyżej (pzdr. bitrut) problemy po prostu nie istniały, lub jeszcze nie zaistaniały. Byliśmy tam całą ekipką, a ja byłem ze swoją dziewczyną. Wiedzieliśmy że po 3 miesiącach zwiedzimy Nowy Jork i spadamy do PL z kasą. To wszystko bardzo motywowało, było lato, ciepło, psychika była OK. Dziś w zasadzie nie pamiętam harówki, a jedynie wysoką siłę nabywczą pieniądza, zwłaszcza drobnicy produkowanej na dalekim wschodzie (w tym elektroniki), która w PL jest nadal stosunkowo droga. Tam mając „shitty job” było mnie stać na „lajtowe” życie nie odmawiając sobie zbyt wiele. W Polsce niestety przyziemne dobra doczesne mają swoją cenę dość zaporową (mieszkania,samochody,ciuchy,elektronika). Samo życie w PL nie jest najdroższe, ale co to za życie bez wymienionych dóbr ;-)

    Tak – uważam że do bani jest ten cały minimalizm. W Stanach bez auta jest przesrane – tam można dostać mandat za spacerowanie po drodze (dobrze o tym wiem;), a chodników nie uświadczysz. A jak ktoś mi pisze że freelancer’ka z małym plecaczkiem jest spoko, no to chciałbym widzieć jak na krzywym krześle w hotelu w Meksyku np. Rentier kończy na swoim laptopie jakieś zlecenie. Niestety, jeśli ktoś się skupia na pracy przy użyciu komputera, to nie należy zapominać o ergonomii. To się odbija niestety na zdrowiu. Nie po roku, ale po 10 już tak, i to bardzo. W moim przypadku 5 lat studiów i 4,5 roku pracy przy kompie już objawia się tym że zacząłem nosić okulary, plecy też dają o sobie czasem znać. Strach się bać co będzie dalej. A gdybym miał zacząć garbić się przy laptopie, nie ważne czy w Meksyku czy na Hawajach, to chyba 3x bym to przemyślał.

    Podsumowując. Niezależność? Tak! Ale finansowa. Relokacja? Tak, ale w ramach wypoczynku, przerwy, na pewien czas, na nowy etap w życiu. Tworzenie sobie takiego „silent room’u” do pracy, tyle że w ciepłym i korzystniejszym kraju, jest moim zdaniem dyskusyjne.

    Podsunę przykład koleżanki podróżniczki. Jej pomysł nie jest nowy, ale znam ją osobiście i wciela go w życie podobnie jak Rentier (niezależność od lokalizacji) czy Łukasz (niezależność finansowa e-biznes). Koleżanka nie wie jak to nazwać. Jej po prostu zawsze brakowało urlopu, a że potrafi tanio podróżować, więc dużo kasy nie potrzebuje. Więc jak zarobi odpowiednio dużo, a bezpłatnego urlopu dać jej nie chcą, to kończy pracę a później na nowo się zatrudnia, lub szuka nowej pracy.
    Efekty jej podróży można zobaczyć na ok 300 albumach umieszczonych na picas’ie i nie tylko:
    https://picasaweb.google.com/koza.zza.plota
    https://picasaweb.google.com/osiolek.widmo
    https://picasaweb.google.com/buba.dawno.temu
    Kinburn, Arabatka i Krym- wrzesień 2010 http://forum.sudety.it/viewtopic.php?t=2396
    https://picasaweb.google.com/116445619969002655585
    https://picasaweb.google.com/pulchny.warenik
    https://picasaweb.google.com/uchate.paciatko
    śladami drewnianych wiatraków http://forum.sudety.it/viewtopic.php?t=2338
    Pogórze Przemyskie http://forum.sudety.it/viewtopic.php?t=2329

    Takiego zaparacia i zamiłowania, oraz odwagi do podróży nie widziałem jeszcze u nikogo. My tu w większości tylko gadamy i dywagujemy. Ona się pakuje i jedzie zwiedzać świat. I niekoniecznie są to odległe krainy. Większość zwiedzili swoją starą Skodą którą widać na wielu zdjęciach. A widoki zapierają dech w piersiach. No i nie były to fotki z Hurghady w Egipcie, czy Antalyi w Turcji – turystycznych miasteczek dla snobów. Nie były to też wyspy Holbox w Meksyku. Ale jak miałbym powiedzieć kto jest bardziej niezależny, kto osiąga większą niezależność, koleżanka czy Rentier, to długo bym się zastanawiał ;-)

    Wydaje mi się że niezależność, jakakolwiek, czy to finansowa, czy od miejsca, czy od rzeczy materialnych, tak na prawdę nie polega na wytyczaniu sobie wielkich celów, specjalnym dążeniu do nich. Nie polega na wynajdywaniu sobie jakichś guru w postaci wymyślonego Ferrisa i jego durnej książki „4 hours work week”. Nie polega na zaufaniu temu guru i postępowaniu idealnie jak nakazuje. Wszystko jak zawsze sprowadza się do jednej prostej rzeczy – pasji. Jeśli kogoś pasjonuje zmienianie otoczenia, samotne zwiedzanie świata, dodatkowo cechuje go ogromna determinacja – to wierzcie lub nie, ale zawsze znajdzie rozwiązanie, czy zdobyć pieniądze, czy wyposażenie itp.

    Na koniec polecam przeczytać historie piekarza z małego miasteczka, który objechał _rowerem_ świat i dotarł do Nowej Zelandii http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1513402,1,rowerem-przez-swiat.read?print=true

    Ten gość z pewnością osiągnął 100% niezależność, chociaż nigdy pewnie nie myślał o niej w tym sensie o której my tu myślimy.

    • seb2k6 pisze:

      Ja tak tylko nieśmiało spytam… gdzie wyczytaliście, że minimalista nie może mieć samochodu, mieszkania albo wygodnego fotela komputerowego?

      Poza tym wydaje mi się, że gdzieś się zagubiliście w tych nowych pojęciach typu „relokacja” i dla każdego co innego ona oznacza. Jeden jeździ z samym plecakiem i chce mieć możliwość w dosłownie każdej chwili spakować się i wyjechać, drugi obmyśla jak tu się przeprowadzić do innego kraju ze swoimi wszystkimi dobrami, luksusami, rodziną i tam żyć. Myślę, że to są dwie różne sprawy a blog Marcina nie ma nic wspólnego z emigracją w powszechnym tego słowa znaczeniu. Naoglądaliście się kolorowych zdjęć i uznaliście bez namysłu, że to jest też Wasze marzenie a jednak okazało się, że nie? Trudno przecież każdy żyje po swojemu i nikt nikogo nie zmusza do przeprowadzki.

      Pozdrawiam.

    • bitrut pisze:

      1. Minimalista może mieć te rzeczy, które wymieniłeś. Ale ich posiadanie jest niedogodnością (choć często tylko w sensie psychologicznym) w relokacji.

      2. A kto tu kogoś do czegoś zmusza? Każdy musi znaleźć swój sposób na szczęśliwe życie. Nikt tego nie neguje.

      Warto w życiu wszystkiego spróbować. Ja spróbowałem życia na emigracji w Irlandii i przekonałem się, że na dłuższą metę to nie dla mnie. Ale nie wykluczam, że w innym kraju by mi się spodobało bardziej. Wiem tylko, że gdzieś chcę ostatecznie zapuścić korzenie, bo nie chce do końca życia mieć tylko jednej torby osobistych rzeczy. Ale na pytanie gdzie te korzenie zapuszczę ostatecznej odpowiedzi jeszcze nie znam.

    • Łukasz pisze:

      Wydaje mi się że niezależność, jakakolwiek, czy to finansowa, czy od miejsca, czy od rzeczy materialnych, tak na prawdę nie polega na wytyczaniu sobie wielkich celów, specjalnym dążeniu do nich. Nie polega na wynajdywaniu sobie jakichś guru w postaci wymyślonego Ferrisa i jego durnej książki „4 hours work week”. Nie polega na zaufaniu temu guru i postępowaniu idealnie jak nakazuje. Wszystko jak zawsze sprowadza się do jednej prostej rzeczy – pasji. Jeśli kogoś pasjonuje zmienianie otoczenia, samotne zwiedzanie świata, dodatkowo cechuje go ogromna determinacja – to wierzcie lub nie, ale zawsze znajdzie rozwiązanie, czy zdobyć pieniądze, czy wyposażenie itp.

      Niezależność dla każdego jest czymś innym. Jeszcze raz odniosę się do swojego wpisu, bo widzę, że dyskusja schodzi na boczne tory. Nie chodziło mi o podróżowanie. Miałem na myśli sytuację, gdzie postanawiam się przeprowadzić w inny zakątek Świata i żyć za dochody czerpane z internetu. Tylko taką sytuację miałem na myśli pisząc ten wpis. Nie chodziło mi o pasję, miłość do podróży czy inne rzeczy…
      Ja nie marzę o zwiedzaniu świata na rowerze:-)

      Dziękuję za kolejny „konkretny” komentarz.

  17. Richmond pisze:

    Ja kiedys wypisalam sobie liste kryteriow, jakie musi spelniac miejsce, gdzie chce przeprowadzic sie na „emeryture”. Jest to cytat z wpisu na bloga, ktory nie zostal do konca opracowany i nie ukaze sie pewnie jeszcze dlugo.

    „Glowne kryteria to:
    1. Cywilizowany kraj o stabilnej sytuacji politycznej z baza surowcow, ktory nie bedzie mial problemow z woda pitna, elektrycznoscia, ogrzewaniem.
    2. Dobra opieka medyczna darmowa lub w miare tania, mozliwosci wykupienia prywatnej opieki medycznej.
    3. Kraj o duzej przestrzeni i malej ilosci ludzi, by mozna bylo kupic dom z duza dzialka i nie potykac sie o sasiadow z kazdej strony.
    4. Relatywnie niskie koszty utrzymania. To nie bedzie trudne, bo Londyn jest jednym z najdrozszych miejsc do zycia.
    5. Mozliwosc uzyskania wizy i pozwolenia na pobyt staly.
    6. Wysokosc podatku od dochodow z zyskow kapitalowych. Najlepiej nie wyzsza niz w UK – 18%/28%. Umowy o unikaniu podwojnego opodatkowania miedzy krajem docelowym i UK.”

    Jak widac moje wymagania sa wysokie i oznaczaja wyzsze koszty utrzymania. Nie interesuja mnie miejsca z plazami i kiepskim standardem opieki medycznej. Nie mam tez zamiaru obnizac sobie standardu zycia. Takze doskonale rozumiem punkt widzenia Lukasza.

    W chwili obecnej moglabym byc rentierem w Polsce, ale nie interesuje mnie ta opcja. W zwiazku z tym musze postarac sie jeszcze troche, zeby stac mnie bylo na bycie rentierem w innym kraju.

  18. jozin pisze:

    Hello! No to autor trochę pojechał. Wszyscy trochę tu mają rację po trochu. Ale sam tytuł jest błędny. Bo przecież autor nie pyta, ile kosztuje niezależność od lokalizacji, tylko, ile kosztuje „życie z pewnymi wygodami”? Nawet jednak, gdyby tak postawić pytanie, to wkradły się przekłamania.

    Moim zdaniem nie istnieje w sensie absolutnym „niezależność od lokalizacji”, bo jest to puste hasło i tyle, które każdy może inaczej rozumieć. Jeśli natomiast chodzi o to, żeby gdzieś jechać pożyć miesiąc tu, miesiąc tam, tu pouczyć pół roku angielksiego, tam popracować w knajpie, a gdzie indziej po prostu posiedzieć nad własnym e-biznesem – bo tak rozumiem ten styl życia – to jest to jak najbardziej do zrobienia. Oczywiście to nie jest niezależność od lokalizacji, bo jednak gdzieś zawsze muszę być i jak jestem w Tajlandii, to nie znajdę się za dwa dni w Meksyku, chyba, żebym miał 1 mln USD na koncie na takie zachcianki.

    Kosty takiego życia są bardzo, ale to bardzo mało, oczywiście jeśli nie potrzeba samochodu itp. oraz innych rzeczy. Koszty emigracji czasowej, która zakłada jakiś standard życia są oczywiście wyższe, i to ma na myśli pewnie Łukasz, z tym nie można się nie zgodzić.

    Zawsze jednak trzeba widzieć we wszystkim różne strony. I tak niezależność od lokalizacji kosztuje inne rzeczy niż pieniądze. Przykładowo w Nowej Zelandii jechałem na stopa z Irlandczykiem. Miał super pracę jako grafik w firmie z USA, pracował na odległość. Wystarczył mu laptop. No właśnie. Tylko, że ja akurat wysiadałem i szedłem na trzy dni do buszu, a on patrzył z żalem, bo też by tak chciał, a co 2 dni musiał być na telekonferencji.

    „niezależność od lokalizacji” zapewni nam tak naprawdę sześciocyfrowe konto. I jeszcze brak różnych przywiązań, ale kto ich nie ma… Zresztą i tak niektóe z nich są bardzo miłe i chyba nikt nie chce z nich rezygnować.

    Dlatego fajnie jest tak pożyć jakiś czas, na pewno, tak jak robi to Marcin, bo przecież nikt tak nie chce przeżyć całego życia – i to jest chyba jasne (no, chyba że prawdziwi ideowcy, ale oni i tak potem osiadają czy w wieku 40 czy 50 lat…). Osobiście po rocznej podróży dookoła świata uważam, że najlepsze są wyjazdy kilkumiesięncze, podoba mi się idea wyjazdu na zimę :) nawe bardzo mi się podoba.

    Gdyby ktoś chciał poczytać – moja stronka: podrozejozina.pl

    Powiem tylke, że na północyt Argentyny można mieszkać w hoteliku za 400 zł na miesiąc. Na Filipiniach tak samo, w domku z bambusa na plaży, z dużym łóżkiem małżeńskim i gekonem. Na kawę i wifi można iść do kawiarni. W centrum Bangkoku w hotelu za 500 zł na miesiąc. Mówię o taryfie normalnej, bez negocjowania zniżki za pobyt miesięczny… Fajnie tak pomieszkać pewnie i wiadomo, że to się znudzić może – jak wszystko w życiu. Ale „niezależność od lokalizacji” to nie jest jakiś absolutny cel (i Marcin widać to rozumie), ale jedna z idei i wiadomo, że do szczęścia jest potrzebnych w życiu jeszcze parę innych rzeczy, w tym na jednym z pierwszych miejsc: stałe relacje, których nie można pielęgnować przez internet. I choćby z tego względu z niezależnością od lokalizacji trzeba iść na kompromis :)

    • Łukasz pisze:

      Dzięki za komentarz. Oczywiście, że niezależność od lokalizacji dla każdego będzie oznaczała coś innego. Ja pewnie jeszcze kilka lat temu miałbym inne wyobrażenie na temat tego typu wolności. Obecnie codzienne obowiązki i w pewnym stopniu odpowiedzialność, która w każdym z nas pojawia się z czasem „ograniczają” mnie.

      Nie miałem na myśli „życia z pewnymi wygodami”. Chodziło mi o życie na co najmniej tym samym poziomie co teraz. Tylko i wyłącznie.

      Niezależność od lokalizacji nie jest bynajmniej moim celem życiowym. W pewnym stopniu mam możliwości przeprowadzki i dlatego zacząłem drążyć ten temat.

      Nie jestem typem podróżnika i dlatego moje wyobrażenia związane z tego typu niezależnością są zgoła odmienne od poglądów Marcina czy Twoich. Co nie zmienia faktu, że podziwiam takich ludzi jak Wy i często zazdroszczę czytając relacje z prawdziwych podróży.

      Po prostu z jednej strony chciałbym rzucić wszystko i wyjechać gdzieś w podróż, z drugiej wiem, że sama idea podróżowania nie jest dla mnie…:)

    • jozin pisze:

      Z drugiej strony dobrze, że ktoś pokazuje, że to nie wszystko tak pięknie jest, jak to można sobie wyobrazić, patrząc na domek i palmę :)

  19. Grzegorz Kudybiński pisze:

    Witam,

    W moim odczuciu Łukasz już jest niezależny od lokalizacji. Dlaczego myśląc o niezależności od lokalizacji wszyscy widzą dalekie egzotyczne miejsca? Łukasz mając ponad tysiąc euro dochodu pochodzącego z Internetu bez problemu mógłby zamieszkać w dowolnym miejscu w Polsce czy to w stolicy czy w bieszczadzkiej wsi. Mógłby się pewnie przenieść z powodzeniem do Pragi (to pewna spekulacja gdyż zakładam, że w stolicy Czech koszty utrzymania są podobne) Ile osób może sobie na takie działania pozwolić? Potrafię sobie też wyobrazić sytuację gdy autor wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje wakacje do Argentyny czy wspomnianego Meksyku i korzystając z okazji sprawdza u lokalnych znajomych (np. z couchsurfingu) jakie są faktyczne koszty utrzymania. Co jeśli by się okazało, że realne koszty życia w Buenos na takim samym poziomie jak dotychczas są zbliżone do kwot które obecnie wydaje? Co by powstrzymywało autora by dokonać relokacji nawet jeżeli koszty byłyby tylko nieznacznie wyższe? Zresztą kto w ogóle powiedział, że niezależność od lokalizacji musi oznaczać mobilny styl życia? Jak komuś jakieś miejsce przypadnie do gustu to może tam przemieszkać całe życie a jedyna różnica jest taka, że osoba niezależna od lokalizacji w każdej właściwie chwili (jak będzie tylko miała taki kaprys) może się przenieść np. na Wyspy Kanaryjskie w zasadzie z dnia na dzień.

    Inną kwestią jest to czy relokacja jest dla nas odpowiednia. Zakładając taki wariant jak u autora blogu, że ma się drugą połówkę (i zakładając, że ta druga połówka pracuje i nie jest to praca online) trzeba by się zastanowić czy bez dochodów drugiej osoby udałoby się utrzymać obecny standard życia? (nasza połówka w nowym miejscu mogłaby mieć problemy ze zdobyciem pracy) Jak taka sytuacja wpłynęła by na związek gdyby nagle jedna osoba znalazła się na utrzymaniu drugiej? Przy przeprowadzce w egzotyczne miejsce trzeba by wziąć pod uwagę różnice kulturowe (np. nie każdemu przypadłaby do gustu kultura latynoska) W przypadku pojawienia się dzieci doszła by pewnie kwestia edukacji. Czy jest dostępna na odpowiednim poziomie? I czy nas na nią stać? (mogłoby się okazać, że w danym kraju gdyby chciałoby się zapewnić dzieciom edukację na takim samym poziomie jak w Polsce byłoby to dużo droższe bądź wręcz niemożliwe)

    Co do pytania w tytule to moim zdaniem jeżeli ktoś potrafi samodzielnie, z dochodów internetowych (inny wariant, że potrafi w pracy jako np. trener w dwa miesiące uzyskać takie dochody aby wystarczyły by mu one na pozostałe 10), utrzymać się w Warszawie ten jest już niezależny od lokalizacji. Podkreślam *samodzielne utrzymanie* czyli samodzielne wynajęcie mieszkania, a nie mieszkanie w 5 osób na mieszkaniu studenckim. Gdy stać go by od czasu do czasu wyjść do kina, pubu, siłowni czy zamówić pizzę albo pójść do dentysty czy też kupić sobie jakiś nowy ciuch. Jeżeli ktoś ma takie dochody to nie będzie miał problemów z relokacją i niezależnością od lokacji. Oczywiście tak jak Marcin napisał można się utrzymać za znacznie mniej. O ile się nie mylę Marcin wydaje 1200zł na swoje utrzymanie w Meksyku i pewnie dałoby się wyżyć i za taką kwotę w Warszawie ale trzeba by się, tak jak Marcin, liczyć z każdym groszem i na wszystko nie można byłoby sobie pozwolić. Ba w niektórych miejscach dałoby się utrzymać i za mniej (śpiąc w hostelu za 2$ +karaluchy) ale nie każdemu taki wariant będzie odpowiadał.

    Podsumowując w moim odczuciu Łukasz jest już niezależny od lokalizacji. To, że może nie w każdym miejscu na świecie mógłby żyć czy też, że mieszkając w Meksyku nie mógłby sobie pozwolić na weekendowe wypady do znajomych w Polsce bardziej moim zdaniem zahacza o kwestie niezależności finansowej niż tej od lokacji.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Grzegorz.

    Ps. Ciekawym miejscem na relokację mogą być Kanary:
    http://alexba.eu/2011-02-25/goscinne-posty/travel-lightcheap/ http://blip.pl/s/51706545

    • Łukasz pisze:

      Dziękuję za kolejny wartościowy komentarz. Oczywiście zgadzam się z Tobą całkowicie. W zasadzie wymieniłeś wszelkie czynniki, które mi nie pozwalają na swobodne przemieszczanie się – relokację. Moja żona faktycznie pracuje na etacie i ciężko byłoby nam podjąć decyzję o jakiejkolwiek przeprowadzce. Zresztą ona w ogóle chce żyć tutaj gdzie obecnie. Nie bierze nawet pod uwagę moich rozważań…:) Poza tym zakładając rodzinę myśli się o dzieciach, a nie wyobrażam sobie na dzień dzisiejszy wychowywania dziecka na obczyźnie.

      Tak jak napisałeś jeśli chodzi o kwestie typowo finansowe to pewnie w znaczeniu wielu osób mogę być niezależny od lokalizacji. Tylko przy decyzji o przeprowadzce powstaje jeden problem. Tracę dochody z mojej pracy etatowej, tracę dochody mojej żony, tracę ubezpieczenie i wszelkie profity z tym związane, muszę na nowo przemyśleć kwestie DG. Jak widać problemów pojawia się masa. Mimo, że prawdopodobnie byłbym w stanie utrzymać siebie i żonę gdzieś poza Polską, mój standard życia na pewno by się pogorszył. I tu dochodzimy do meritum sprawy. Czy dla samej idei niezależności (której notabene byśmy i tak w tym przypadku nie osiągnęli) warto jest podejmować tego typu decyzje w „dorosłym” życiu? W moim przypadku uważam, że na obecną chwilę nie warto. Jeszcze nie…

    • Grzegorz Kudybiński pisze:

      Witam,

      Piszesz: „Czy dla samej idei niezależności (której notabene byśmy i tak w tym przypadku nie osiągnęli) warto jest podejmować tego typu decyzje w „dorosłym” życiu?”

      W moim odczuciu robienie czegoś w ramach sztuki dla sztuki nie ma sensu.

      Z drugiej strony chyba wszędzie gdzie czytałem na temat relokacji czy ogólnie podróżowania przeważały opinie jak bardzo wartościowe i zmieniające perspektywę było to przeżycie. Na zachodzie tzw. Gap Year jest dużo bardziej popularny. Może właśnie teraz gdy nie ma się dzieci warto tego spróbować bo później może być jeszcze trudniej. Co do ubezpieczenia to istnieją ubezpieczenia podróżnicze, a na terenie UE (tego nie jestem pewien) chyba respektowany jest nasz polski NFZ (nie wiem jak to wygląda w praktyce.)

      Ja mając Twoje dochody na 100% wybrałbym się w podróż (pewnie bardziej z naciskiem na podróż niż długotrwałą relokację) choć jestem w o tyle łatwiejszej sytuacji, że w tej chwili jestem singlem więc odpada mi problem drugiej połówki (zwłaszcza jeżeli owa nie przejawia entuzjazmu do podróżowania) Natomiast będąc w Twojej sytuacji pewnie zastanawiałbym się czy da się wykombinować, w ramach urlopu, wyjazd na miesiąc np. do Hiszpanii czy Portugalii (choć pewnie w Europie znalazło by się kilka innych ciekawych miejscówek)

      Przy okazji podróżowania ostatnio znalazłem ciekawego bloga: http://careerbreak.pl/

      Pozdrawiam serdecznie.
      Grzegorz.

    • Łukasz pisze:

      Myślałem żeby w końcu gdzieś wyjechać, ale jak na razie jedziemy z żoną do Belfastu (na całe 5 dni…:)). Problem z dłuższym wyjazdem jest dwojaki. Po pierwsze mamy problem z dostaniem długiego urlopu. Tzn. ja być może dałbym radę, ale żona ciągle mówi, że nie ma opcji na dłuższy urlop. Po drugie sami nie jesteśmy pewni czy sama idea podróżowania jest dla nas. Ja całą niezależność od lokalizacji rozpatruję bardziej pod kątem życia w innym miejscu.

      Co do krótkiego wyjazdu to korcą mnie okolice Barcelony. Po pierwsze bilet jest stosunkowo niedrogi. Po drugie Hiszpania z państw europejskich jest chyba jednym z najbardziej „klimatycznych” krajów. Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie. Być może za jakiś czas wychylimy się trochę poza nasze „piękne” blokowiska.

      Dzięki za ciekawy link. W wolnej chwili poczytam. Pozdrawiam.

  20. [...] wpisy popieram doświadczeniem. „Popełniłem” również jak dotąd jeden artykuł o niezależności od lokalizacji. Niestety jak możesz się łatwo domyślić wszelkie informacje umieszczone w tym wpisie pochodzą [...]

  21. miqa pisze:

    Witam,
    Bardzo ciekawe komentarze oraz prowokujący do dyskusji wpis.
    Z tej całej układanki myśli i wypowiedzi, nasuwa się jedno spostrzeżenie: wszyscy jesteśmy różni – różnie podchodzimy do samego pojęcia „relokacja” – a to dlatego, że nieco różne pokolenie, a to dlatego że nieco różne zobowiązania życiowe – kotwice, które jednak pomagają nam określić swoją tożsamość, kim jesteśmy i po co jesteśmy.

    Chciałabym dodać kilka słów od siebie:) Samo pojęcie niezależność od miejsca, jest moim zdaniem troszeczkę nietrafione – termin niezależność tak jakby mówi – przynajmniej w moim rozumieniu – robię co chcę i na niczym mi nie zależy…
    Bardziej trafne jest współzależność (klasyczna książka 7 zasad skutecznego działania, mówi o tym nieco więcej, wszystkie inne poradniki są przy niej malutkie;> ).

    Bo zawsze, czy tego chcemy, czy nie, od czegoś będziemy zależeć (współzależeć) („Człowiek nie jest samotną wyspą.”) i warto te relacje utrzymywać w sposób właściwy – pytanie jest tylko od czego chcemy zależeć, z kim i z czym współistnieć? Należy też zastanowić się, co jest naprawdę ważne w życiu i czego nie chcemy stracić, z czym chcemy koegzystować. Tak więc moim zdaniem można być albo zależnym od czegoś, tak że to coś po prostu zniewala (np. szef w pracy – ostatnio czytałam, że dla wielu zdanie szefa jest ważniejsze niż współmałżonka(!), niechciane zadania na etacie, w które nie będziemy się angażować etc.), albo też można mieć wolność we współzależności i tak dobierać te mniejsze i większe kotwice życiowe, aby nam odpowiadały, abyśmy czuli się z nimi szczęśliwi.

    Dla każdego te kotwice są inne. Dla mnie przykładowo, – jako że dość niedawno skończyłam studia i zasmakowałam także pracy na etacie – jest zrozumiałe, że na obecnym etapie życia, tego typu kotwice jak etat i lokacja w kraju urodzenia (mimo, że jestem patryjotką), to nie moja bajka i że chcę szukać czegoś nowego, czegoś co poszerzy moje horyzonty.

    Co do wprowadzania zmian w życie – na pewno ławiej to zrobić gdy gdzieś wyjedziemy, mocniej też widzimy swoje stare przyzwyczajenia, nad którymi można popracować. Na przykład po zmianie miejsca zaczęłam uprawiać więcej sportu, sprzyja temu słoneczna pogoda – aby na przykład wyjść wieczorem i pobiegać, w Polsce, czasem słońce, czasem deszcz… a deszczu i zimna nie lubię;).

    Obecnie przebywam na Kanarach, pracuję zdalnie. Na ten etap życia jest to dla mnie dobre, ale wiem że z biegiem lat moje priorytety będą się zmieniać, kotwice razem z nimi, a także potrzeby finansowe:). Na pewno takim przełomem są dzieci, bo to im należy stworzyć komfort wzrastania na odpowiednim poziomie oraz stabilne życie, a co w przypadku gdy dziecko chce tańczyć balet i ma do tego predyspozycje, a my wyznajemy zasady geoarbitrażu i w naszej wiosce takiej szkoły nie ma? (Taki przykład mi się nasunął, ale bliżej ziemi – co jeżeli dziecko po prostu lubi swoją szkołę i nie chce jej zmieniać, nie chce opuszczać przyjaciół, już 3 raz pod rząd, bo rodzice wymyślili następny kraj?). Współistnieć tak, aby budować to co dla nas najważniejsze, a wiadomo że dla rodziców, są to dzieci – więc tutaj mogą być spore utrudnienia w realizacji „mieszkam, gdzie chcę”.

    Pozwolę sobie na niezgodzenie z autorem artykułu, co do pewnej kwestii – szacunki mocno przesadzone. Aktualnie wydaję dokładnie tyle samo co w Warszawie, a uważam że mój poziom życia odrobinę się podniósł – głównie ze względu na obecność plaż i gór. Ocean i góry mnie odstresowują, mogę spokojenie wylegiwać się na słońcu, lub spacerować po górach i myśleć o realizacji kolejnych projektów. Posiadanie tarasu z widokiem na ocean – w Warszawie przez okno widać było typowe blokowisko. Na drugim miejscu pogoda, brak skoków ciśnienia, które były dość irytujące oraz kilka innych drobiazgów, kluczowych w takiej codzienności. Na pewno minusem jest oddalenie od rodziny i przyjaciół, skype dobrze się sprawdza, ale jednak rozmowa online to nie to samo, co obecność.

    Co do finansów jest jeszcze inny aspekt, na który należy zwrócić uwagę – koszty początkowe np. kaucja za wynajem mieszkania – która może być niezwracalna, przedmioty codziennego użytku i rzeczy które po prostu lubimy np. krzesło do pracy, czy wygodniejszy komplet pościeli.

    Nie można też wyjechać bez poduszki finansowej, byłoby to oszukiwaniem, po prostu warto zadbać o komfort psychiczny, ale taka poduszka jest także ważna, gdy mieszka się w Polsce.

    Podsumowując, każde rozwiązanie ma swoje plusy i minusy, każda decyzja (niezależnie, czy decyzja o wyjeździe, czy życiu w jednym miejscu) to rezygnacja, odcinanie sobie pewnych możliwości i dróg rozwoju. Z czegoś rezygnujemy, ale zyskujemy coś zupełnie innego. Wydaje mi się że najgorszy scenariusz, to taki, gdy ktoś w imię poczucia bezpieczeństwa rezygnuje z realizacji marzeń i swojej pasji.

    Pytanie, gdzie chcemy te nasze kotwice umieścić? Czy w satysfakcji z poznawania nowego, w rozwoju w interakcji z nieznanym, czy w stabilizacji i rozwoju osobistym na miejscu, gdzie wszystko jest w miarę nam znane – język, kultura, możliwości…
    I ostatnie podstawowe pytanie: czy mamy dość samozaparcia, aby to co wymyślimy zrealizować (niezależnie od tego, gdzie przebywamy)?

    • Łukasz pisze:

      Pozwolę sobie na niezgodzenie z autorem artykułu, co do pewnej kwestii – szacunki mocno przesadzone.

      Być może. Są to tylko moje luźne wyliczenia oparte na „cudzych” doświadczeniach. Niestety w kwestii życia w innych zakątkach świata jestem wyłącznie teoretykiem.

      Dzięki za ciekawy i wyczerpujący komentarz.

  22. jeetkunedo pisze:

    witam wszystkich i z góry przepraszam ale nie bede pisal z polskimi ogonkami :-)

    zupelnie przez przypadek natrafilem na ten blog, a w zwiazku z tym ze wlasnie calkiem niedawno minely jakies 22 lata jak wyjechalem z PL postaram sie opowiedziec jak ja to widze z mojego punktu ( siedzenia & doswiadczenia ) i jakie mam plany na przyszlosc. Zdecydowalem sie na ten opis, gdyz widze ze nie tylko brak niektórym osobom wyobrazni ale przede wszystkim wiedzy praktycznej. Mam 45 lat i opuscilem swoje miasto rodzinne Gdansk majac 23 lata przerywajac studia na Politechnice Gdanskiej na wydziale Elektroniki, wyjechalem na zachód, w sumie niedaleko bo do BRD ( czyli RFN jak kto woli ). W czasie tego okresu musialem sie jako tako zintegrowac czyli nauczyc zyc w innej spolecznosci, kulturze … na obczyznie. Przyjezdzajac tu do Niemiec podjalem decyzje ze nie wróce do Polski ( wyjechalem w czasie duzo innej rzeczywistosci politycznej ).
    Przy takim zalozeniu nie zrywajac oczywiscie kontaktów z PL ani nie „zniemczajac sie” w zaden sposób zyje sobie tutaj dosc dobrze. Celowo wprowadzilem Was, czytelników w pewien nastrój czasowo / geograficzny podajac konkretne informacje, gdyz uwazam ze wszystkie aspekty sa wazne. Kiedy wyjechalem do Niemiec znalem bardzo dobrze angielski nie znalem jednak zbyt dobrze niemieckiego, czy mi to pomoglo sie tu znalezc?, oczywiscie, ze tak, i jasnym jest ze trzeba znac jezyk danego kraju w którym sie przebywa. Podrózowalem po wielu krajach europy i innych kontynentów, bylem turysta rzeklbym dalece niestandardowym, gdyz nie odwiedzalem prawie nigdy miejsc przygotowanych dla „robienia kasy na turystach” ale przede wszystkim jechalem tam zeby spotkac ludzi TAM zyjacych i pracujacych i poczuc tentno zycia innego miasta ale tak na prawde w realu a nie sztucznie. Co do mnie to najwazniesze jest pogodzenie jakosci zycia z cena wspomnianej jakosci. Wiem ze mozna w PL na scianie wschodniej lub innych „miasteczkach” przezyc za 1000 PLN / miesiac, ale pytam kto chce tam zyc, jakie to jest zycie, jaka jakosc, jakie mozliwosci rozwoju, a w koncu jaka radosc i satysfakcja z takiej egzystencji ( a moze wegetacji … )? Z mojego doswiadczenia winika, dla mnie osobiscie taka konkluzja, iz nie tylko liczy sie ta niezaleznosc finansowa ale jeszcze wiecej radosc i zadowolenie z zycia. Mozna by miec prawdopodobnie wrazenie ze nie jestem do konca zadowolony z bycia na obczyznie w niemczech, otóz powiedzialbym, ze z perspektywy tych 22 lat, ze ta decyzja dala mi duza mozliwosc rozwoju osobistego ( równiez nauczyla pokory ), równiez pewnej niezaleznosci finansowej oraz co wazniejsze pozwolila uwolnic sie od pewnego konserwatywnego polskiego myslenia i zakomleksienia. Biorac pod uwage pewne osobiste aspekty rodzinne ( mó syn robi w tam roku mature i jedzie na rok do australii na tzw. work & travel ) doszlismy do wniosku z zona, ze czas cos zmienic, byc moze opuscic ten „statek” europejski ( podtekst polityczny jak równiez klimatyczny jak najbardziej zasadny ) i przygotowujemy sie na wyjazd do usa. dlaczego usa ?, bo to kraj w którym sie zakochalismy, jest tam wszysko ( duzo przyrody, góry, lasy – cudowne parki narodowe, duzo kontrastów spolecznych, dobry klimat do robienia biznesu rowniez tego ecommerce ebusiness ) bylismy w roku 2000 w NYC/Washington a w 2009 „zjechalismy”( okolo 5000 mil ) wybrzeze zachodnie LA/VEGAS/PHOENIX oczywiscie indywidualnie. chcemy tam spedzic pare lat lub zostac do konca naszych dni – to sie jeszcze okaze jak bedziemy na miejscu. Celem jest Phoenix / Arizona = male podatki, slonce swieci tam 320 dni w roku, jeden za najbardziej rozwijajacych sie stanów, pracy jest pod dostatkiem! A teraz wracam to tematu niezaleznosci, relokacji i innych marzen. Aspekt finansowy, zgadzam sie z przedmówcami ze wazna jest poduszka finansowa im wieksza tym wiekszy komfort psychofizyczny, lepsza naturalnie niealeznosc finansowa, ale któz ja realnie posiada? :-) … ja wychodze z zalozenia ze nie nalezy z góry zaklodac ze bedziemy tam tylko wydawac nasze pieniadze … znajac jezyk i posiadajac checi i zdeterminowanie zawsze mozna znalezc prace, chocby po to aby byc blizej ludzi i otoczenia w którym sie zyje, gdyz to jeden z waznych aspektów dobrego samopoczucia w nowym miejscu, zyjac w nowym otoczeniu mozna miec finanse, apartamenty z urokliwym widokiem pogode, ale byc nieszczesliwym i niespelnionym oraz samotnym, tego aspektu nikt tu nie poruszyl a to jest przeciez esencja naszego zycia, byc szczesliwym i spelnionym oraz posiadanie przyjaciól. sorry za forme gramatyczna ale nigdy nie bylem asem z polskiego :)

    pozdrawiam

    jacek

  23. Roberto pisze:

    Dobrze piszesz, chłopie. Tajlandia za 500 USD miesięcznie? Jak najbardziej możliwe. Ale jest kilka ale: trzeba tam posiedzieć z pół roku, bo jeśli lecimy na miesiąc, to sam bilet kosztuje 1000USD. I nagle robi się 1500.
    Przykładowe ceny: bungalow na Koh Phangan: od 200BHT za dobę (22zł na dziś, luty 2012). Ale był zapuszczony i śmierdzący. Za lepszy trzeba zapłacić 60zł. Z wiatrakiem. Skuter = 150BHT na dobę – ale nie ubezpieczony. Może się szybko zamienić w 150000BHT. Wiem coś o tym :) Ale skuter trzeba mieć, super wynalazek. Itd, itp, bez 100zł dziennie to byłaby bieda. A 100zł dziennie to prawie 1000USD miesięcznie. W bardzo taniej Tajlandii… Miejscowi może i żyją tam za 200USD, ale:
    - mieszkają za cenę niedostępną dla ludzi z zagranicy i często w warunkach dla nas nie do zaakceptowania
    - nie podróżują, nie przemieszczają się, rzadko imprezują
    - pracują na miejscu i to naprawdę ciężko

    To tyle odnośnie taniej Tajlandii. Dla wyjaśnienia – podróżowałem większość czasu sam, dla dwóch i więcej osób niższy będzie koszt mieszkania.

  24. tatkonateneryfie pisze:

    oczywiście jak chcesz udowodnić że się nie da to się nie da.
    jestem b.oszczędny- przeprowadziliśmy się we wrześniu 2011 na Teneryfę- nie chodziło o najtańsze miejsce ale o takie gdzie tanio można dojechać(żeby w razie czego spakować skarpetki i lecieć do Polski gasić pożary) i dobrze żyć- czyli bezpiecznie, ciepło wśród dobrych i miłych ludzi z dostępem do udogodnień do których przywykł obywatel EU takich jak lecznictwo czy oświata.
    Przyjechaliśmy rodziną mając zabukowany hotel na tydzień- w tym córka lat 13nascie-zaczęła tu gimnazjum(0 hiszpańskiego przy rozpoczęciu nauki).
    Mieszkanie o niezłym standardzie 2 sypialnie+salon+kuchnia+łazienka da się wynająć za 350e/mies(wliczone opłaty) co nie jest jakąś kwotą zastraszającą w stosunku do cen w Polsce. Żywność nieco droższa ok 10-20% udogodnienia dla dzieci i rezydentów. lekcje tenisa dla córki-10e/mies. Plaża i mili ludzie za darmo. Zniżki na przeloty dla rezydentów -50%. Kawa taka jakiej nie wypijecie w Polsce nigdzie 0,7-1e(a w Warszawie za lurę płaciłem 8pln) samochody nieco droższe niż w Polsce(wiadomo wyspa) ale w okolicach 1000e daje się wybrać coś co się nie będzie psuło, internet 10mbit bez ograniczeń transferu 29e- więc w sumie nie jest drożej niż w Polsce.
    jeżeli za wyznacznik jakości życia uważasz chodzenie do kina żeby oglądać ciekawe zdarzenia z życia innych ludzi no to pewnie Teneryfa się nie nada(tu gdzie mieszkam w ogóle nie ma kina) ale jeżeli chcesz pożyć naprawdę to warto spróbować nurkowania z delfinami, łażenia po górach wyłażenia wieczorem na churros, popijania domowego wina w knajpie. to nie jest daleko i nie zamyka Ci dróg powrotu, przełam się i zobacz, przestań szukać usprawiedliwień czemu nie
    poniżej moje zapiski, może się do czegoś przydadzą
    http://teneryfanadluzej.blogspot.com.es/

  25. digitalnomad pisze:

    Przeprowadzanie się gdziekolwiek po Europie lub tym bardziej w rejonie Morza Śródziemnego w celu wykonywania pracy niezależnej od lokalizacji jest dużo droższe niż się wydaje. Jeśli ktoś naprawdę chce znaleźć fajne miejsce, skąd będzie mógł wykonywać swoją pracę (np freelancera) to polecam kraje Azji Południowo- Wschodniej, Amerykę Środkową. I trzeba przede wszystkim uniknąć miejsc turystycznych. Czyli odpada praca w Cancun, albo na Phuket w Tajlandii, bo koszta takiego życia będą zdecydowanie powyżej 5 tys. zł miesięcznie. Jestem grafikiem i pracowałem już w 7 krajach poza Europą i im mniej turystów, tym taniej i milsi ludzie. Jeśli temat kogoś zainteresuje, zapraszam na moją stronę po szczegóły.

Skomentuj

*