Belfast – maj 2011. Czy chciałbym żyć w Irlandii Północnej?

Belfast

Jak obiecywałem przed wyjazdem opiszę dzisiaj moją krótką wycieczkę do Belfastu, która dała mi jak się okazało bardzo wiele i zmieniła trochę spojrzenie na pewne tematy. Bardzo cieszyłem się, że znowu zobaczę Wyspy i pomieszkam trochę na „obcym” terytorium. Belfast odwiedziłem już kilka miesięcy temu i miałem pewien obraz tego co tam zobaczę.

Tym razem miałem jednak nieco bardziej ambitne plany. Zamiast siedzieć w jednym miejscu miałem zwiedzić okoliczne miasteczka, udać się na wycieczkę do Dublina i przede wszystkim przełamać się i zacząć wreszcie mówić po angielsku. Co wyszło z moich planów? Zapraszam do lektury.

Wylot

Wylot mieliśmy (leciałem z żoną) zaplanowany na 30.04.2011 r. na godzinę 12:00. Pierwszy raz widzieliśmy „od środka” warszawskie lotnisko i muszę przyznać, że zrobiło ono na mnie bardzo dobre wrażenie. Wcześniej miałem okazję lecieć z Krakowa do Belfastu (teraz Warszawa-Dublin) i muszę przyznać, że Kraków i Belfast nie umywają się do naszego lotniska ze stolicy. Najbardziej zaskoczył mnie sam moment wchodzenia do samolotu przez rękaw rozciągany bezpośrednio z samego lotniska. Pamiętam jak w Krakowie wsadzono nas do autobusiku i zawieziono kilkadziesiąt metrów na płytę lotniska gdzie stał samolot. Na dworze był wtedy mróz i nie było to najprzyjemniejsze przeżycie, szczególnie, że byliśmy razem z żoną bardzo zestresowani naszym pierwszym w życiu lotem. Tutaj rozwiązano to dużo lepiej. Wchodzę do rękawa na lotnisku i za kilkadziesiąt metrów jestem już w samolocie…

Aerlingus

Dobra – wsiedliśmy na pokład samolotu i witaj Wielka Wyspo. Po kilku godzinach jesteśmy na miejscu, a dokładniej w Dublinie. Tutaj miał oczekiwać mój szwagier, który miał nas przetransportować do Belfastu. Niestety po wyjściu na halę przylotów nikt na nas nie czekał… Szybki telefon do siostry mojej żony i… dalej czekamy. Zniecierpliwieni wychodzimy przed terminal. Dostajemy informację telefoniczną, że szwagier czeka przy przejściu dla pieszych obok sygnalizacji świetlnej. Jak ktoś był na lotnisku w Dublinie to wie ile jest warta tego typu informacja, ale nie łamiemy się tylko idziemy szukać Marcina. Udajemy się w kierunku pierwszej sygnalizacji świetlnej jaką zauważyliśmy. Po chwili trafia mi się pierwsza wymuszona konwersacja w obcym języku – podchodzi do nas jakiś facet i rzecze: Excuse me, Do you know where is terminal 1?. Ja na to: I don’t know i robię wielce zdziwioną minę. Po mojej odpowiedzi udzielonej z polskim akcentem słyszę Gawaritie pa Ruski? Haha. No. We are from Poland. Musiałem jeszcze z dwa razy powtórzyć skąd jesteśmy i rozstaliśmy się w milczeniu. Facet szukał dalej terminala 1 i chyba poszedł w złym kierunku…

Po chwili znalazł się nasz zagubiony Marcin… Okazało się, że jadąc na lotnisko spytał się swojej żony czym przylatujemy. Chodziło mu rzecz jasna o linię lotniczą żeby mógł sprawdzić, z którego terminala ma nas odebrać. Alicja (nasza gospodyni) w swoim stylu odpowiedziała mu krótko „samolotem” i zakończyła konwersację. Z tego powodu Marcin czekał na nas przy terminalu 1, a my wychodziliśmy przez terminal 2. Wszystko jednak dobrze się skończyło i za moment zmierzaliśmy samochodem w stronę Belfastu.

Pierwsze co rzuca się w oczy przy podróżowaniu po Wyspach (domyślam się, że wszędzie jest podobnie) to wręcz idealne drogi. Na trasie akceptowalne minimum to dwa pasy w jednym kierunku + pas awaryjny. Często pasów jest jeszcze więcej. Nie muszę chyba dodawać, że wszystko jest równe jak stół…? Jadąc z Dublina aż do samego Belfastu jedynym miejscem gdzie należy się zatrzymać jest bramka na autostradzie. Koszt przejazdu to… niecałe 2 Euro – taniej niż na naszych „wypasionych” autostradach. Dodam jeszcze, że w moim odczuciu autostrada w Irlandii niczym się nie różni od trasy szybkiego ruchu. Oba typy dróg są tak samo dobre. Tam się po prostu jedzie…

Kacper

Po około 2 godzinach dojechaliśmy na miejsce i przywitał nas uśmiech Pana na powyższym zdjęciu. To nas główny gospodarz, przyszły chrześniak mojej żony, którego ona wręcz ubóstwia. Właśnie dla niego moja żona chciała tak bardzo jechać do Belfastu.

Pobyt w Belfaście

Na początku napiszę jak i gdzie mieszkaliśmy przez te kilka dni pobytu w obcym mieście. Nasi gospodarze wynajmują domek w jednej z sypialnianych dzielnic Belfastu. Pojęcie „domek” różni się znacząco od naszego polskiego znaczenia tego słowa. Większość osiedli mieszkaniowych to po prostu rzędy połączonych ze sobą ceglanych domów jakie często możemy oglądać na filmach pokazujących życie na Wyspach. Dom to zbyt dużo powiedziane. Całkowita powierzchnia tego przybytku to około 50 metrów kwadratowych powierzchni użytkowej. Rozkłada się to następująco: na parterze salon + kuchnia, mikroskopijny przedpokój, na piętrze 3 pokoje (właściwie można powiedzieć, że 2, bo 1 to w zasadzie schowek, który według Irlandczyków jest pokojem) i mała łazienka. Dodam jeszcze, że schody są bardzo wąskie i strome. Całość sprawia dosyć klaustrofobiczne wrażenie, ale można się do tego przyzwyczaić.

Zlew

Przy jednej ulicy wszystkie domki wyglądają w zasadzie identycznie, czasami różnią się jedynie elewacją. Tam gdzie mieszkaliśmy (i w okolicznych domkach) był jeszcze mały „ogródek” od strony frontowej. 2×2 metry wyłożone kostką gdzie można na przykład wystawić jakiś mały stolik. Jakość wykonania takiego typowo irlandzkiego budynku jest katastrofalna. W Polsce po prostu coś takiego by nie przeszło. Krzywo położone kafelki, nieszczelne okna itp. itd. Ogólnie jeśli chodzi o budownictwo to z tego co zaobserwowałem jesteśmy daleko do przodu. Dla dopełnienia obrazu „inności” przedstawiam jeszcze powyżej zdjęcie kranu irlandzkiego, a w zasadzie dwóch kranów – do zimnej i ciepłej wody. Genialne rozwiązanie…:) Moi gospodarze płacą za wynajem swojego lokum 350 funtów miesięcznie, co jest raczej bardzo korzystną ceną. Normalnie za podobny dom trzeba liczyć 400-500 funtów.

Dom w Belfaście

Ogólnie z tego co się dowiedziałem od moich gospodarzy i krótkich obserwacji Irlandczycy są raczej strasznymi brudasami. Nie chcę tu generalizować, być może się mylę, ale przedstawiam tu kilkudniowe obserwacje własne i kilkuletnie mojej rodziny. Szwagierka zajmuje się tam sprzątaniem i może coś na ten temat powiedzieć. Według niej tak właśnie jest i nie mam powodu żeby jej nie wierzyć. Po ulicach walają się papiery i różnego rodzaju śmieci, mam wrażenie, że Polacy bardziej się hamują w aspekcie śmiecenia gdzie popadnie. Jako, że mój szwagier jest gorącym entuzjastą „bukmacherki” pierwszego dnia pobytu udaliśmy się do oddziału Williama Hilla. Marcin chciał podjechać najpierw do bankomatu, który znajdował się na placyku przy parkingu McDolnalda. Wjechaliśmy na ten parking i pierwsze co zobaczyłem to wylatującą butelkę z zaparkowanego samochodu, w którym siedziało dwóch gówniarzy. Ciężko otworzyć drzwi i wyrzucić śmieć do kosza… Marcin mówił, że Irlandczycy często zachowują się w ten sposób. Cały parking przy McDonaldzie wyglądał jak małe śmietnisko.

William Hill

(źródło: http://www.flickr.com/photos/raver_mikey/377794960)

Jeśli kogoś interesuje temat zakładów sportowych to powiem tylko, że na Wyspach ten proceder stoi na dużo wyższym poziomie niż w naszym kraju. Przynajmniej z tego co pamiętam – od dłuższego czasu nie bawię się w obstawianie meczów. Irlandczycy lubują się przede wszystkim w wyścigach koni i psów. Sam punkt bukmacherski jest o tyle fajny, że znajduje się tam szereg monitorów na których na żywo pokazywane są kolejne gonitwy. Można sobie przesiedzieć pół dnia i obstawiać gonitwę za gonitwą. Nie mogłem oprzeć się pokusie i kilkukrotnie obstawiłem wyścigi psów. Na 4 czy 5 gonitw trafnie wytypowałem chyba 2 i ogólnie wyszedłem na +:). Za jednego postawionego funta zgarnąłem dwukrotnie 3,5. Jako ciekawostkę związaną z ogólną kulturą bywalców takich punktów w Irlandii Północnej powiem jeszcze, że kosze na śmieci postawione w punkcie bukmacherskim pełnią raczej funkcję dekoracyjną. Wszyscy wyrzucają śmieci na podłogę, a biedne panie, które tam pracują później to sprzątają…

Tak upłynął mój pierwszy dzień w Belfaście. Żadnego zwiedzania dalszych zakątków miasta już nie było. Powrót do domku, partyjka w Fifę11 ze szwagrem i lulu. Kolejny dzień miał być dużo bardziej pracowity. Zaplanowałem sobie, że pozwiedzam trochę samodzielnie miasto, spróbuję coś pogadać po angielsku i dowiem się skąd odjeżdżają autobusy do Dublina.

 

Belfast - apartamenty

W niedzielę o świcie (około 10:00 hehe) opuściłem mury moich gospodarzy i udałem się na pierwszą samodzielną wycieczkę po Belfaście. Miasto nie jest duże i szedłem po prostu wzdłuż linii autobusowej. Skorzystać z komunikacji nie mogłem, bo Irlandczycy w niedzielę zaczynają pracę trochę później i pierwszy autobus wyrusza parę minut przed południem. Po kilku przecznicach odważyłem się otworzyć usta do obcego człowieka i zapytałem (po angielsku ma się rozumieć) „gdzie jest centrum miasta?”. Dostałem odpowiedź, z której zrozumiałem mniej więcej połowę, ale upewniłem się, że azymut który obrałem jest właściwy. W taki oto sposób spacerowałem i podziwiałem Belfast. Im bliżej centrum tym miasto coraz bardziej mi się podobało. Belfast położony jest w dolince i otaczające go góry tworzą naprawdę piękny widok. Trzeba jeszcze przyznać, że pogoda jaką trafiliśmy podobno w zasadzie się tam nie zdarza. Było po prostu pięknie.

Uliczki Belfastu

Po drodze wstąpiłem jeszcze na stację kolejową i spytałem się o cenę pociągu do Dublina. Stwierdziłem, że być może ciekawiej będzie udać się tam koleją, ale cena okazała się zauważalnie wyższa od autobusu. 30 funtów kontra 19,1 – tak się rozkładają siły jeśli chodzi o kolej-autobus. Ruszyłem w dalszą podróż w stroną centrum. Żona strasznie chciała mieć ze mną kontakt w trakcie moich wojaży i obiecałem jej, że kupię sobie tamtejszą kartę sim. Zbliżając się do centralnych połaci tej małej metropolii natrafiłem na pierwszy otwarty sklepik… z pamiątkami. Stwierdziłem, że nic nie szkodzi jeśli się zapytam o kartę do telefonu. Niestety sprzedawczyni nie mogła zrozumieć o co mi chodzi. Myślałem, że tak prosto zapytać się o kartę do telefonu… Musiałem powtórzyć zdanie chyba trzykrotnie, żeby w końcu zostać zrozumianym. Oczywiście karty nie mieli, ale pokazali mi sklep nieopodal, który być może rozwiąże mój problem. Podziękowałem i udałem się we wskazanym kierunku.

Belfast City Hall

Z uśmiechem wszedłem do sklepu, który wreszcie miał zapewnić mi łączność ze światem i zapytałem o „O2 sim card”. Miła sprzedawczyni spytała się za ile chciałbym ją doładować. Odpowiedziałem, że 10 funtów mi wystarczy, ale coś mi nie pasowało. Zauważyłem, że kobieta zaczęła coś wbijać w urządzonko, tak jakby chciała mi sprzedać samo doładowanie. Powiedziałem, że chodzi mi o kartę sim. Niestety okazało się, że czegoś takiego nie ma… Sprzedawczyni dodała, że Belfast budzi się do życia o godzinie 13:00 i do tego czasu są raczej marne szanse na jakikolwiek zakup w tym mieście. Podziękowałem i ruszyłem w dalszą drogę. Czasu miałem sporo, pogoda była piękna, stwierdziłem, że najwyżej pochodzę i pozwiedzam do tej 13:00. Przechodząc obok City Hallu zauważyłem dwóch taksówkarzy nudzących się trochę i gadających bez celu…:) Stwierdziłem, że trochę poprzeszkadzam i zapytam się ile będzie kosztował kurs do mojego tymczasowego miejsca pobytu. Powiedziałem nazwę ulicy i… wielka konsternacja. Żaden z taksówkarzy nie miał pojęcia gdzie to jest. Jeden z nich stwierdził, że sobie wklepie w komputerek i mi zaraz wyliczy. Po kilkudziesięciu sekundach dowiedziałem się, że podróż kosztowałaby mnie całe 5 funtów. Wydało mi się to strasznie mało i dopytałem się jeszcze czy to aby na pewno za całą podróż. Taksówkarz się uśmiechnął i potwierdził. Jak się później okazało taki kurs kosztuje normalnie chyba 3,5 funta. 5 było pewnie przewidziane dla takich zagubionych turystów jak ja…:)

Hotel Europa

Kilka minut po 12:00 dotarłem do centrum autobusowego, którego szukałem (na kolejny dzień miałem zaplanowaną wycieczkę do Dublina). Traf chciał, że w podziemiach ze sklepikami zauważyłem małe stoisko z akcesoriami gsm, prowadzone przez mężczyznę o wyglądzie Hindusa. Zapytałem go o kartę O2 i… udało się. Karta była moja za 2 funty. Mężczyzna słysząc mój kaleki angielski spytał się skąd jestem. Odpowiedziałem, że z Polski i udałem się w dalszą drogę – tym razem musiałem kartę doładować. W pierwszym sklepiku, do którego wszedłem od razu natrafiła się taka możliwość. Młoda dziewczyna, która mnie obsługiwała od razu zorientowała się, że trafiło się jej „zagubione dziecko” i sama zaproponowała, że weźmie mój telefon i doładuje go dla mnie. Zapłaciłem 10 funtów za doładowanie i po kilkudziesięciu sekundach miła Pani zadzwoniła gdzie trzeba i „napompowała” moją kartę. Ładnie podziękowałem i poszedłem kupić bilet na jutrzejszą wycieczkę do Dublina. W kasie dowiedziałem się, że na poniedziałkowy kurs mogę kupić bilet dopiero jutro. Mówi się trudno. Jako, że robiło się coraz cieplej, a ja gamoń ubrałem się w dosyć grubą bluzę, stwierdziłem, że wrócę do domu, przebiorę się i dopiero wybiorę się na dalsze zwiedzanie.

Belfast

Postanowiłem,  że do domu wrócę autobusem. Zadzwoniłem do szwagierki i spytałem się jaki autobus kursuje w ich kierunku. Dowiedziałem się co i jak, udałem się na dworzec i czekałem na mój środek transportu. Po kilku minutach przyjechał autobus. Wchodzę do środka, proszę o bilet, a kierowca pyta się mnie gdzie chcę dojechać. Hmm. Podałem nazwę ulicy, ale kierowca podobnie jak taksówkarz nie wiedział gdzie to jest. Powiedziałem, że jest tam w pobliżu Tesco. Kierowca się uśmiechnął i stwierdził, że zawoła mnie jak będziemy na miejscu. Po kilkunastu minutach podróży kierowca zawołał mnie do siebie i powiedział, że tutaj wysiadam. Zapytał się jeszcze dodatkowo czy już tu byłem i czy sobie poradzę. Odpowiedziałem, że oczywiście, podziękowałem i wyskoczyłem z autobusu. I nagle stwierdziłem „gdzie ja kurcze jestem”. Okazało się, że to nie to Tesco… Wiedziałem jedynie, że Tesco, o które mi chodziło znajduje się w jakimś centrum handlowym. Spytałem jakąś młodą parę i mniej więcej powiedzieli mi w którym kierunku muszę się udać. Skończyło się tak, że podróż autobusem trwała dwa razy dłużej niż moja piesza wycieczka z domu do centrum. W końcu trafiłem do właściwego Tesco i stamtąd do domu. Byłem niestety tak styrany, że darowałem sobie kolejne wycieczki tego dnia, szczególnie, że jutro miałem jechać do Dublina, a któregoś kolejnego dnia pobytu do Antrim.

Dublin

Jak już wspomniałem wcześniej, wyjazd do Dublina miałem zaplanowany sporo wcześniej. Nie pisałem jednak, że miałem się tam spotkać z Gosią – czytelniczką tego bloga, która kiedyś w jednym z komentarzy zaproponowała piwo jeśli tylko będę w jej mieście. Od słowa do słowa stanęło na tym, że skoro lecę do Belfastu to pomysł z tym piwem nie jest w cale taki zły. Gosia miała zostać moją przewodniczką po Dublinie. W poniedziałek wcześnie rano zerwałem się z łóżka, wziąłem szybki prysznic i wyruszyłem w stronę dworca autobusowego. Oczywiście musiałem dotrzeć tam na piechotę, bo akurat w ten poniedziałek w Belfaście było święto (Bank Holiday) i autobusy kursowały tak jak w święta, czyli pierwszy kurs miał być dopiero za kilka godzin. Po dotarciu na dworzec kupiłem bilet i o 9:00 wyruszyłem w podróż. Już około 11:20 byłem na dworcu autobusowym w centrum Dublina. Od momentu wyjazdu z zajezdni (Bus Centre) mój środek transportu aż do samego Dublina nie zatrzymał się na trasie ani razu!!! Mam tu na myśli korki, światła itp.

Dublin

Wrażenia z samego Dublina opiszę za chwileczkę. Zacznę od tego co mnie przywitało na samym początku, jak tylko opuściłem autokar. Pierwsze wrażenie… dworzec jak z czasów naszego PRLu. Nie tego się spodziewałem po europejskiej metropolii. Jako, że musiałem skorzystać z toalety zwiedziłem również ten dworcowy dobytek. Również raczej negatywnie mogę się wypowiedzieć na ten temat. Sam dworzec jak to dworzec. Podróżni, podróżni i podróżni… Co mi się jeszcze rzuciło w oczy (albo raczej uszy) to „polski” ochroniarz rozmawiający w naszym rodzimym języku z innym panem z obsługi dworca. Jak widać Polaków jest w Dublinie w dalszym ciągu sporo.

Jako, że z Gosią byłem umówiony dopiero za jakieś pół godziny udałem się na krótką wycieczkę wokół dworca. To co zobaczyłem różniło się zdecydowanie od centrum Belfastu. Od razu w oczy rzuciło się kilku bezdomnych i jakieś pijane patałajstwo. Belfast jeśli o to chodzi wydawał się taką oazą spokoju. Hałas i ruch w Dublinie również był zdecydowanie większy niż w małym Belfaście. Zrobiłem małe kółeczko i powoli udałem się w miejsce spotkania z Gosią, która pojawiła się kilka minut przed czasem. Przywitaliśmy się i udaliśmy na krótki spacer po mieście. Gosia mieszka w Dublinie już kilka lat i zna swoje miasto bardzo dobrze. Na początku pokazała mi „stary Dublin” z domkami mającymi chyba około 30 metrów kwadratowych. Coś jak opisane przeze mnie domy z Belfastu tylko jeszcze mniejsze… Później oprowadziła mnie po prawie całym centrum tego dosyć sporego miasta.

Dublin

Postaram się teraz opisać moje wrażenia z miasta Dublin. Zacznę może od końca – nie podoba mi się to miasto. Uliczki są może ładne, budynki również, jest port itp. Jest tego wszystkiego jednak stanowczo za dużo. Ludzi jak na jakimś jarmarku. Istne tłumy. Do tego raczej nie jest za czysto, strasznie wieje, jest drogo i… dobra – skończę te narzekania. Po prostu już od momentu wjazdu coś mi się w tym mieście nie podobało. Wspomnę jeszcze o jednej kwestii którą można również odnieść do Belfastu. Tutaj piesi nie stosują się do sygnalizacji świetlnej. Nie ważne czy czerwone czy zielone – nic nie jedzie to idę, a jak jedzie to idę szybciej…

Po zwiedzaniu udaliśmy się z Gosią coś zjeść. Odeszliśmy trochę od turystycznych uliczek i weszliśmy do jakiegoś pubu typowo irlandzkiego. Wydawał się nawet ok, ale pozory potrafią mylić. Ja zjadłem jakieś irlandzkie danie i wypiłem małego Guinessa, Gosia jakieś danie mięsne + colę. Za całość zapłaciliśmy około 25E co jak na polskie warunki nie jest małą kwotą. Jedzenie nie było złe w smaku (mówię za siebie), ale odczułem je trochę w późniejszym terminie o czym nie omieszkam wspomnieć:) Po posiłku pozwiedzaliśmy jeszcze chwilę miasto i udaliśmy się w stronę dworca. Było około godziny 15:00, a autobus powrotny miałem o 16:00. Stwierdziliśmy, że pogadamy jeszcze trochę w jakieś pobliskiej knajpce. Trafiliśmy do całkiem fajnego miejsca, gdzie zamówiliśmy małe piwo i kawę. Całość wyniosła chyba 4,4 Euro. Chwilę pogadaliśmy i trzeba było się pożegnać. Z tego miejsca dziękuję Ci Gosiu za poświęcony czas i pokazanie miasta.

Dublin

W drodze powrotnej do Belfastu zacząłem czuć, że coś jest nie tak. Po dotarciu do domu nie miałem w ogóle apetytu, dziwnie się czułem. Do wieczora przesiedziałem na kanapie a potem poszedłem spać. Kolejny dzień to po prostu masakra. Rano po przebudzeniu czułem się fatalnie. Nie mogłem wstać z łóżka, w pewnym momencie zacząłem wymiotować. Później doszła biegunka i mniej więcej tak mi mijał dzień. Diagnoza moje żony – zatrucie pokarmowe. Nie muszę chyba dodawać, że moje plany wycieczkowe wzięły w łeb… Z łóżka wstałem dopiero koło 17:30 żeby obejrzeć Puchar Polski w piłce nożnej. Przez cały dzień w zasadzie nic nie jadłem i poszedłem spać nie wychodząc w ogóle z domu. Myślałem, że kolejna doba zleci w bardziej przyjemnej atmosferze, ale niestety pomyliłem się. Dalej nie mogłem nic jeść, a w toalecie lądowałem kilkanaście razy. Pozostało jedynie obejrzeć mecz ligi mistrzów i zdrzemnąć się trochę przed czwartkowym powrotem do Polski. Autobus do Dublina mieliśmy o 2:00 także spania nie było zbyt wiele. Ja miałem tylko nadzieję, że uda mi się dolecieć do Warszawy – czułem się po prostu fatalnie.

O godzinie 1:00 pobudka, udanie się na dworzec, stamtąd na lotnisko i do naszej pięknej stolicy. Udało się dotrzeć do domu bez większych perypetii. Trochę zmęczeni, osłabieni, ale szczęśliwi. Oboje z żoną bardzo cieszyliśmy się z powrotu do Polski.

Małe podsumowanie

Belfast jako miasto podoba mi się bardzo. Ludzie, których napotkałem na swojej drodze byli bardzo mili i pomocni. Centrum jest zadbane i w miarę czyste, ma swój urok. Wielkość jest dla mnie idealna. Nie za duże, nie za małe – takie w sam raz. Czy chciałbym tam mieszkać? Chyba jednak nie. Do myślenia dają mi moi gospodarze, którzy marzą o powrocie do Polski. Dla nich Polska jest w dalszym ciągu domem. Życie zmusiło ich do wyjazdu, odnaleźli się na Wyspach, ale jeśli im się uda to kiedyś wrócą do Polski. W trakcie naszych odwiedzin pogoda była podobno ewenementem jeśli chodzi o te regiony. Zazwyczaj jest tam szaro i deszczowo. Inność, która początkowo mnie fascynowała z czasem zaczęła mnie delikatnie nużyć.

Belfast

Po powrocie do kraju odetchnąłem. Chwilowo przeszły mi ciągoty do wyjazdu – gdziekolwiek. Spacerując po Dublinie dotarło do mnie, że zwiedzanie nie jest dla mnie. Dużo większą przyjemność czerpałem z czystej rozmowy z Gosią niż samego zwiedzania nieznanego mi miasta. Nie fascynują mnie piękne budynki, znane ulice, pomniki, parki. Przynajmniej nie w tym mieście…

Jeśli chodzi o kwestie finansowe to zarabiając w Polsce po prostu nie opłaca się przeprowadzać do Irlandii Północnej. Koszt życia jest tam wyższy, chociaż wydaje mi się, że nie jest to tak diametralna różnica jak sądziłem na początku. Funt słabnie od jakiegoś czasu i ceny w Belfaście nie były dla mnie w żadnym wypadku szokiem. Wydaje mi się, że do życia na przyzwoitym poziomie w tym mieście potrzeba na 2 osoby około 1500 funtów. Mając własne lokum kwota ta byłaby zapewne jeszcze mniejsza. Nie widzę jednak sensu przeprowadzać się kiedyś w tamte rejony.

Na koniec wspomnę jeszcze o pewnych aspektach biznesu internetowego w odniesieniu do mojej krótkiej wycieczki. Strony radziły sobie całkiem dobrze, maile odbierałem będąc na miejscu i w zasadzie do tego ograniczyłem swój udział w moim biznesie. W efekcie przez kilka dni zarobiłem więcej niż wydałem z żoną w trakcie całej wycieczki. Czyżbym zbliżył się w jakimś stopniu do niezależności, o której mowa na blogu?

 

18 komentarzy(e) dla “Belfast – maj 2011. Czy chciałbym żyć w Irlandii Północnej?”

  1. tonywob pisze:

    Dobry wpis :-) . Polecam Liverpool w Anglii. Mieszkałem tam i jest to bardzo interesujące miasto. Większość muzeów jest za darmo.

  2. bitrut pisze:

    Mieszkam w Dublinie od ponad pół roku. Miałem również okazję zobaczyć Belfast. Moje odczucia są podobne do Twoich. Belfast zrobił na mnie lepsze wrażenie niż Dublin. Jest tam również sporo taniej niż w Dublinie.
    Budownictwo rzeczywiście jest kiepskie.
    Irlandczyków nie nazwał bym brudasami (nie spotkałem jeszcze żadnego, który by np. śmierdział i się nie mył). Bardziej śmieciarzami, choć też nie do końca. Tutaj po prostu się nie sprząta. Gdy zejdzie się z głównej ulicy w jakąś mniejszą uliczkę, to śmieci walają się po drodze. Zapomnij o sprzątaniu opadłych liści z drzew czy odśnieżaniu chodników (zimą musiałem chodzić po ulicy, bo chodnik był cały w lodzie i można się było zabić).

    Co do przechodzenia na czerwonym świetle – po kilku dniach byś się przyzwyczaił. Tu po prostu zielone dla przechodniów nie zapali się w ogóle, jeśli nie wciśniesz przycisku. A jeśli to zrobisz to i tak trzeba poczekać dobrych kilkadziesiąt sekund. Wcześniej człowieka trafia szlag i po prostu przechodzi gdy nic nie jedzie. Ale dobre w tym wszystkim jest to, że zarówno kierowcy jak i Garda (tutejsza policja) to rozumieją i nie robią żadnych problemów. Wielokrotnie przechodziłem przy policjantach na czerwonym świetle – bez żadnych upomnień i mandatów.
    I to jest według mnie pozytyw. Tutaj czerwone światło dla przechodniów pełni funkcję informacyjną i ostrzegającą, a nie zakazu czy nakazu.

    • Łukasz pisze:

      Irlandczyków nie nazwał bym brudasami

      Może faktycznie użyłem złego słowa. Bardziej chodziło mi o śmiecenie gdzie popadnie i brak porządku w domach (to już zasłyszane od szwagierki):)

  3. Gosia pisze:

    Cześć Łukasz. Oj przykro mi, że nasze spotkanie tak się zakończyło nie miałam pojęcia, że sie rozchorowałeś. Zastanawiam się czy to mięso było nieświeże czy może ten Guinness. Ja mam takie sensacje jak opisałeś właśnie po tym napoju.
    Moje danie było zasłone, a że zawsze do obiadu w knajpach zamawiam colę to rzadko kończy się to problemami żołądkowymi.
    No ale tak też bywa w podróżach, nie zawsze jest różowo.

    Twoje spostrzeżenia co do wruków życia czy to w Belfaście czy w Dublinie są bardzo trafne.

    Miło było Cię poznać.

    Pozdrawiam

    • Łukasz pisze:

      Mi również było miło:)

      Być może to był faktycznie ten Guinness, ale bardziej stawiał bym na jedzenie. Zresztą wspominałaś w rozmowie, że irlandzkie standardy jeśli chodzi o higienę w lokalach trochę odbiegają od polskich realiów… Ciężko powiedzieć. Na pewno przez długi czas nie wezmę do ust ciemnego piwa…:) Irlandzkich posiłków nie mam gdzie zjeść więc problem odpada.:) Pozdrawiam.

  4. Robert pisze:

    Fajny wpis i ciekawe doświadczenia. A jak twoje wrażenia z angielskim?

    Niezależność widać już tuż tuż :)

    • Łukasz pisze:

      Jeśli chodzi o angielski to tak jak pisali TomFromPoland i seb2k6 w komentarzach do poprzedniego wpisu. Dogadać można się zawsze – problem jest w tym, że nawet jak powiem „Gdzie bym dojść do centrum” to obcokrajowiec po prostu wskaże mi drogę, a nie poprawi moich błędów. Przez moją chorobę miałem mało okazji do pogadania po angielsku, bo pół wycieczki przeleżałem w łóżku bądź przed telewizorem. Ogólnie trochę przewaluowałem potrzebę nauki języka. Na dzień dzisiejszy nie chcę na siłę starać się wojować rynku anglojęzycznego, nie planuję również na razie dłuższych wyjazdów. Najważniejsze dla mnie jest chyba to, że potrafię wykorzystać moją słabą znajomość angielskiego przy e-biznesie, jaki w tej chwili prowadzę. Strony będę robił dalej w języku polskim, klientów będę miał raczej z Polski, więc nie muszę na siłę uczyć się angielskiego. Co nie znaczy, że nie będę starał się poprawić swoich umiejętności. Wszystko jednak powoli, bez zbędnego napinania się.

  5. Twoje wrażenia są podobne do tych jakie miałem podczas pobytu w Anglii – klaustrofobicznie małe domki, brud i śmieci oraz cała masa dziwnych rozwiązań technicznych jak np. 2 kraniki w łazience :) Ogólnie jedynym pozytywnym aspektem była pensja jaką dostawałem za byle jaką pracę :)

    Po angielsku ciężko się dogadać, dopóki się nie przyzwyczaisz do ich akcentu. Mi zajęło to parę dni.

    Nie zniechęcaj się do podróżowania. Są dużo fajniejsze moim zdaniem miejsca w Europie, jak chociażby Hiszpania. Ogólnie polecam wszystkie kraje nad morzem śródziemnym.

  6. Nie znam Belfastu ani Dublina, ale jezeli w Dublinie bylo dla Ciebie w centrum za duzo ludzi to trzymaj sie zdala o kazdej porze doby od centrum Barcelony hehe :) Turysci nie wiedza kiedy isc spac…

    Dobrze, ze wymieniles kilka zdan po angielsku. Stres byl przed odezwaniem sie ?

    Ceny za lokalowe uslugi nie byly takie straszne, wrecz normalne lamane na tanie. Oczywiscie stosujac przelicznik 1eu=1pln.

    Milego

    • Łukasz pisze:

      Stres byl przed odezwaniem sie ?

      Był:)

      Co do tłumów to ja po prostu chyba nie nadaję się do turystycznych miejscowości. Wolę jakieś spokojniejsze, normalne miejsca.

  7. Mateusz pisze:

    Bardzo konkretna relacja i jako mieszkaniec Wysp od lat trzech, muszę powiedzieć, że Twoje spostrzeżenia są bardzo trafne jak na tak krótki czas pobytu.

    Myślę, że to nie są najfajniejsze miejsca jeżeli chodzi o zwiedzanie i życie. Ot, zarabia się więcej. Ale są tacy co tutejszą rzeczywistość lubią. Mnie ciągnie do Ojczyzny, bo mimo, że biedniej to jednak fajniej ;) .

    To fajne uczucie wyjeżdżać z myślą, że Twój biznes sam się kręci i wystarczy go tylko doglądać. Gdyby to był kraj, w którym koszty utrzymania były mniejsze niż w Polsce to faktycznie już blisko do niezależności. A to brzmi dobrze :)

    PS. Zawsze mam problem gdy jestem w Polsce, bo przechodzę na czerwonym z przyzwyczajenia ;)

  8. Z tym czerwonym i zielonym swiatlem to ciekawa sprawa. W Barcelonie mozna latwo rozroznic kto jest turysta (czeka na zielone) a kto mieszkancem (idzie na czerwonym). Swego czasu historia uslyszana, osoba po dlugim czasie w Norwegii wrocila do Polski i przyzwyczajony on widzac zielone ruszyl smialo przed siebe. Jakie jego zdziwienie bylo gdy samochod go potracil… Na pasach oczywiscie.

    Hmmm Łukasz – wiec w najblizszym czasie nie wybierasz sie nigdzie ?

    • Łukasz pisze:

      Hmmm Łukasz – wiec w najblizszym czasie nie wybierasz sie nigdzie ?

      Na razie nie planuję. Ta nasza Polska nie jest wcale taka zła…:)

  9. Radek pisze:

    Ja w 2006 roku poł roku mieszkałem w Angli. Konkretnie miasto Southampton. Z pobytu ogólnie nie bylem zadowolony. Najpierw długie szukanie pracy później marne zarobki i cieżka praca(12 godzin na taśmie produkcyjnej) by wkońcu wrócić do polski praktycznie na „zero”. Jedyne z czego mogę być zadowolony to z siebie że udało mi się poradzić w tych ciężkich warunkach i przetrwać. Język też się poprawił. Dopiero gdzieś po miesiącu pobytu zaczynasz lepiej rozumieć mówić i myśleć po angielsku. Trochę mózg się przestawia. Akcent koszmar. Z jedną osobą możesz rozmawiać o wszystkim i się super rozumiecie a innej wogle nie rozumiesz. Zero.Domy to kurniki. Korytarze bardzo wąskie. Ogolnie czułem się jak na innej planecie. Brak znajomych i jakieś takie wyobcowanie. Chyba się nie nadaję na imigranta. Życzliwość ludzi większa niż w Polsce. Kultura osobista też. Śmiecenia nie zauważyłem. Piją dużo w barach i lepiej samemu nocami się nie szwędać bo można dostac od podpitych wyrostków. Po drugie kobiety dużo piją w barach :) Jak smoczyce :)

  10. Richmond pisze:

    Wczoraj szef wyslal maila z zapytanie czy ktos nie chce popracowac w Belfascie pod koniec roku ;-) Coz za zbieg okolicznosci. Moze w ramach poznawczych skusze sie, jak zaplaca mi ekstra.

  11. Adrian pisze:

    No no:) kolejny bloger bawi się relokacje:) Hmm może ja też zacznę:)

    • Łukasz pisze:

      Nie – nie bawię się. W Belfaście byłem w odwiedzinach u rodziny…:) Na razie nie planuję relokacji…

    • Richmond pisze:

      Jesli to do mnie, to chetnie popracuje w roznych krajach, zeby polaczyc przyjemne z pozytecznym: pozwiedzac i rownoczesnie popracowac.

      Dowiedzialam sie juz nawet wiecej na temat kontraktu w Belfascie, tylko niestety na razie nie wiadomo czy dojdzie do skutku, bo wszystko zalezy od tego czy firma wygra przetarg.

Skomentuj

*